Lucas Turner


Nie bądź taka hop do przodu bo się jeszcze wykopyrtniesz o te swoje nowe buty.
A szkoda, bo drogie w końcu :(


Imię i nazwisko: Lucas Turner (ale wiele osób nazywa go Lu)
Wiek: 26 lat
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Lykan
Głos: Wilbur Soot
Orientacja: Panseksualny
Zauroczenie: Szybko się zakochuje, ale aktualnie nikogo nie ma na oku
Partner: Nie posiada
Charakter: Pierwsze co można zauważyć, kiedy pierwszy raz się go spotyka, to że pozory zdecydowanie mylą. Wobec obcych ludzi jest bardzo nieufny, raczej nie rozmawia z nikim kogo nie zna. Nie podchodzi do nikogo, trzeba raczej podejść do niego i zagadać. Dopiero kiedy się już go troszeczkę pozna, okazuje się, że Lu jest w rzeczywistości bardzo towarzyski i strasznie rozgadany. Jak już zacznie o czymś mówić to ciężko go zatrzymać, łatwo się ekscytuje i zły humor to u niego rzadkość. Stara się być miły dla wszystkich, nawet kiedy mu ktoś podpadnie nie przepada za wyrażaniem głośno swojego zdania o tej osobie. Problemy woli przemilczeć i rozwiązać samemu, kiedy ktoś pyta Lu raczej udaje, że nic się nie dzieje. Jak już przyjdzie do tego, że się z kimś kłóci, czasami go trochę poniesie i wypowie o kilka słów za dużo. Nie jest jednak w najmniejszym stopniu osobą agresywną, licealista prawdopodobnie dałby radę go pobić gdyby się postarał. :(
Praca: Pomaga w miejskim zoo
Umiejętności:
- Kiedyś chciał być weterynarzem, ale rzucił studia. Mimo tego czegoś się tam nauczył, więc można powiedzieć, że ma rękę do zwierząt.
- Gra na gitarze 👉👈
- Jest trochę bliżej ze swoją "zwierzęcą stroną" niż przeciętny lykan, więc jego zmysły działają jeszcze lepiej
- Nie potrafi za to walczyć, nigdy nie miał po co się uczyć a w bójki się nie wdawał
Specjalna Umiejętność: Potrafi porozumiewać się ze zwierzętami. Nie znaczy to rozmawiać, znaczy to, że zwierzęta wiedzą zazwyczaj o co mu chodzi, kiedy do nich mówi. Działa to też w drugą stronę, Lu mniej więcej rozumie czego zwierzęta chcą i potrafi odczytać ich emocje dokładniej, niż można to zrobić tylko patrząc na jakieś zwierzę.
Wygląd: 186 cm wzrostu, szczupły. Włosy ma brązowe, na twarzy ma trochę piegów, ale nie są mocno widoczne. Jego naturalny kolor oczu jest jasny, mocny zielony, ale nosi ciemne brązowe soczewki. Ubiera się często w sweterki, czasami bluzy, cokolwiek w czym mu wygodnie i nie ogranicza ruchów.
Rodzina: Ma młodszą siostrę, która jest aktualnie w liceum. Rodzice żyją i mają się dobrze, Lucas do rodzinki jeździ zawsze na święta.
Historia: Nie-e :(
Inne:
- Ma w domu kilka zwierząt, nie będę wymieniać z imion ale posiada: dwa psy, papugę, małpkę i szynszylę. Psy i szynszyla są jego, małpką i papugą się opiekuje w ramach pracy.
- Jest jedną z tych osób, które żyją "w zgodzie" ze swoją drugą naturą. Nie próbuje jej ukrywać ani z nią walczyć, co ma pewien wpływ na jego charakter i zachowanie
- Uwielbia czekoladę, ale nie może jej jeść za dużo
- Fan musicali i ogólnie muzyki, poza grą na gitarze uczy się śpiewać
- Łatwo się przywiązuje do ludzi, ale boi się przez to trochę zostać zostawionym samemu sobie
- Nie przepada za kawą, już bez tego ma na tyle dużo energii, że nie wie co z nią zrobić
Autor: Living Meme

Od Taliyah CD Sam

Dziewczyna siedziała w swoim pokoju, patrząc ślepo na monitor, opierając brodę o swoją rękę. Słychać było jej delikatnie stukanie palcami o biurko, gdy jeździła wzrokiem po linijkach swojego tekstu.

Od ataku wilkołaków na miasto, minęło dobre kilka tygodni. Od tamtego dnia, wznowiono godziny policyjne, zakazano wychodzenia z domów po ciszy nocnej, a nadistoty zaczęły być wyłapywane za najmniejsze wykroczenia. Plotki głoszą, że ludzie pracują nad więzieniem dla istot, które będą pomagać w znalezieniu leku na każdą rasę.
Wracając jednak do wydarzeń z akcji, gdzie zrzucono prywatnego detektywa, który ostatnio zaczął pracować wraz z policją - Emmę Blackwell


Kobieta patrzyła na nazwisko, marszcząc brwi. Pierwszy raz miała takim problem z opisem sytuacji. No bo. Jak miała połączyć fakty? Nadistoty zrzucają zdrajców? Policja mimo to, że walczą z nadistotami, pozwalają walczyć innym takim stworzeniom z nimi? Opisać to, jak Ashley została wykorzystana przez Aideen Byrne? Jak to połączyć?
Tali wstała z krzesła, biorąc kapelusz i podeszła do okna z zachodzącym słońcem. Było wyjątkowo spokojnie. Od momentu wybuchu buntu, były różne bójki, ataki na rząd. Delikatnie dłonie, oparły się o werandę okna, wciąż patrząc, jak słońce znika za horyzontem. Miała dzisiaj podobno jakieś spotkanie z wampirami na Workstreet. Jej wzrok powędrował na zegar, wybijający godzinę dwudziestą. Nadal rozmyślała nad sytuacją w mieście. Może się tak wyprowadzić? Skoro ludzie tutaj nie potrafią zrozumieć, że my też jesteśmy jak oni, to po co siedzieć tu jeszcze? Dużo myśli przeskakiwało w głowie Taliyah.
- Samantha Sterling podobno wynajęła mieszkanie...
Białowłosa wyrwała się z myśli, kiedy usłyszała pełne imię i nazwisko jakiejś kobiety. Usiadła i spojrzała na komunikator wampirów z jednego klanu, zwiększając głośność.
- Wypadałoby ją złapać.
- Masz pojęcie kiedy będzie sama?
- Praktycznie zawsze.
Wampirzyca natychmiast wystukała imię i nazwisko osoby, która stałą się celem polowania. Samantha Sterling. Dwadzieścia sześć lat. Córka jednej z bogatszych rodzin, czego od niej mogą chcieć? Jedno wiedziała, nie mogła pozwolić wampirom, żeby zabili kolejną osobę bez powodu. Co równało się z większą ilością problemów dla niej.
Może dlatego nigdy nie mogła należeć do żadnej z wampirzych rodzin.

******
- Taliyah Grayson do usług. A teraz chodź za mną, albo zostaniesz jedzeniem dla tych wampirów za drzwiami.
Białowłosa wyciągnęła rękę do Samanthy, patrząc na nią spokojnym wzrokiem. Ledwo powstrzymywała się od zbliżenia szyi nowo poznanej dziewczyny do swoich kłów, by spróbować jej krwi. Czuła ją, ale wiedziała, że nie mogła aktualnie próbować nawet jej dotknąć nie tak, jak działa etykieta. Kobieta złapała Taliyah za rękę. Wampirzyca natychmiast wzięła Samanthę na ręce niczym księżniczkę i teleportowała się z nią do domu Taliyah. Spojrzała na blondynkę, po chwili odstawiając ją na ziemię.
- Nic ci nie jest?
Samantha ilustrowała ją wzrokiem niepewnie. Tali się nie dziwiła jej postawą. W końcu, została zaatakowana przez wampiry, a jedna z nich właśnie jej pomaga. Wampirzyca odwiesiła kapelusz i poszła do kuchni.
- Nie polecam wychodzić teraz. Wampiry na ciebie polują. Prawdopodobnie chcą coś od twojej rodziny. - Zaczęła nastawiać wodę. - Kawy? Herbaty?
- Herbaty. - Odpowiedziała Sterling, rozglądając się.
- Nie ugryzę Cię. - powiedziała Tali, patrząc na nią, gdy nalewała herbaty do dwóch kubków. Położyła na tace, razem z miodem, cukrem i łyżeczkami. Podeszła do niej i położyła herbatę na stole. Zobaczyła dopiero wtedy, że jej kompanka wciąż krwawi. Wzięła głęboki wdech na uspokojenie, czując zapach soczystej krwi. Wystawiła mocniej kły, a Sam przez to się odsunęła. Tali zasłoniła usta.
- Przepraszam. Odruch.
Sięgnęła po apteczkę, chowając powoli i uciążliwe kły.
- Chce ci pomóc. - Dodała Grayson, podchodząc powoli i zaczęła przemywać zadrapanie na szyi towarzyszki, mając daleko twarz od rany, by jej nie spłoszyć. Gdy nakleiła plaster, odsunęła się, podając jej herbatę.
- Musisz tu zostać na noc. - Dodała wampirzyca. - Tylko tutaj nie mają prawa Cię zaatakować.
Saaaaaaam~?
Przepraszam jak się nie da tego czytać, ale nie wiedziałam w pewnym momencie jak dojść z punktu a do b

Od Lilly CD Aideen

   Ponownie spędzałam sobotni poranek nad dokumentacją. W pokoju unosił się subtelny zapach whiskey z colą zmieszany, z ostrym zapachem papierosów. Właśnie kończyłam rozmowę z moją szefową kiedy usłyszałam pukanie do drzwi.
- Chwila! Już biegnę!
   Nałożyłam na siebie szarą koszulę i wczorajsze spodnie leżące na kanapie. Zgrabnym ruchem ręki zrzuciłam dokumenty do teczki, a ją samą kopniakiem wsadziłam pod łóżko. Kiedy wszytko już było schowane otworzyłam drzwi. Kiedy je otworzyłam ujrzałam mężczyznę ze skrzyżowanymi rękoma, obok niego lewitowała jakaś dziwna postać, a między nimi leżała torba treningowa. Mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale kobieta go uprzedziła.
- Lilly Mey, jeśli się nie mylę? Jestem Aideen, rozmawiałyśmy jakiś czas temu. Mamy sprawę, w której nam pomożesz. Może wejdziemy do środka i przedyskutujemy warunki?
   Spojrzałam na dwójkę nietypowych adwersarzy. Po chwili jednak przypomniałam sobie kim oni są i dość zaskoczonym głosem zaprosiłam ich do środka.
- Naturalnie, co was... zresztą. - Wskazałam ręką na przedpokój - Wchodźcie i rozsiądźcie się, zaraz wszystkiego i tak się dowiem.
   Rozsiedliśmy się w dużym pokoju, zanim jednak wymieniliśmy uprzejmości zamknęłam wszystkie okna, wyłączyłam całą elektronikę i upewniłam się, że podsłuchy zostały tymczasowo zagłuszone moją typową metalową muzyką.
- Więc, co was tu sprowadza? - Zapytałam uśmiechając się.
- Przejdźmy do sedna, miałam wypadek i potrzebuję, żeby ktoś mnie wskrzesił.
- Co z tego będę miała?
- Cena nie gra roli ale wiesz, też nie mamy wszystkiego.
- Kto wam powiedział, że jestem w stanie wam pomóc?
- Czy to ważne? - Odparł mężczyzna.
- Ważne, informacja to klucz do sukcesu.
- Podobno bywał w twoim barze, ma na imię Patri. Nie mam przy sobie jego zdjęci, ani opisu, nie wiem też do końca kim jest. Wiem tylko, że należy do rebeliantów i jest wilkołakiem.
- Skoro nie masz, cóż muszę się tym zadowolić. - Westchnęła.
- To pomożesz nam? - Zapytała lekko poirytowana Aideen.
- Tak, ale sama informacja to mało, chcę więcej. Powiedzmy, że na początku chcę informacje im jest, wywiad. To jest mój pierwszy warunek. Na razie tyle starczy ale pamiętaj, że jeszcze zwrócę się o przysługę.
- Dobra, dobra, tak długo jak wrócę do żywych.
- Więc mamy umowę.
   Wyciągnęłam rękę w stronę Aideen. Mimo jej dziwnej natury obie poczułyśmy uścisk na naszych dłoniach. Nagle Aideen poczuła jak na jej dłoni wypala się symbol czarnego półksiężyca. Mimo iż była duchem czuła wypalenie niczym za życia. Podczas całego procederu syknęła cicho pokazując swoją dominację, ale jednocześnie było widać irytację w jej oczach.
- A to, po co?
- Żebyś pamiętała o naszym układzie kochanie.
  Wstałam z łóżka i zaczęłam rozglądać się po pokoju. Chwilę mi to zajęło, ale wreszcie znalazłam starą książkę, w skórzanej oprawie na jednym z regałów. Wzięłam ją i zaczęłam wertować kruche strony grimoire. Mi księga pokazywała wiedzę, dla Aideen i Dallasa była ona jedynie zbiorem dziwnych liter, szlaczków, ikon, ornamentów i monogramów. Kreski łączyły się w dziwne figury i postaci. Kiedy zaczęłam czytać jeden z wersów na głos, strony lekko podniosły się wraz, z moimi włosami ruszone dziwnym wiatrem, moje oczy lekko zbledły. W tym momencie czas był dla mnie jedynie względnym pojęciem. Kiedy jednak strony wraz, z moimi włosami opadły wszyłam z transu.
- Już wiem co musimy zrobić - Odrapałam zadowolona.
- Co takiego? - Zapytała kobieta.
- Nic specjalnego ale masz pewien problem. Ja zajmę się przygotowaniami, ale jednej rzeczy nie będę w stanie przygotować.
- Czego?
- Musisz dostarczyć mi cało osoby, która cię zabiła. W tym świecie nie ma nic za darmo. Prawo równej wymiany jest prawem równej wymiany. I tak łamię kodeks bo chcę przywrócić cię do życia więc też oczekuję sowitej zapłaty. 
- Niech ci będzie.
- Masz trzy dni, przybądź do lasu za miastem, znajdziesz mnie po fluorescencyjnych śladach zostawionych na drzewach. Zjaw się przed północą.
   Odłożyłam książkę na regał i podałem jej rękę by upewnić się jej intencji.
- To jak będzie?

<Aideen?>

Od Aideen

   Strzepałam resztkę kurzu z mojego ramienia i cicho westchnęłam. No cóż, nie sądziłam, że tak to się skończy. Spojrzałam w dół na swoje własne zwłoki, leżące u moich stóp.
   Stałam na ulicy w środku miasta, minęło już dobrych kilka godzin od momentu, kiedy ci kretyni odzyskali kontrolę. Powinnam była się lepiej do tego przygotować, powinnam była wiedzieć, że przez jakiegoś niekompetentnego idiotę wszystko się nagle posypie. Mimo tego, nie mogę powiedzieć, że nie osiągnęłam tego, czego chciałam.
   Miasto pogrążyło się w kompletnym chaosie. Na samej ulicy, na której się znajdowałam, nie było żadnego auta bez wybitej szyby. Ziemia zakryta była przez liczne kałuże, niektóre zmieniły barwę na subtelnie czerwoną. W mieście zostało tej nocy przelane dużo krwi. Nigdzie nie widać było jednak żadnych ciał, wszystkie zostały wyczyszczone albo przez głodne wilkołaki, które nakręcane moją magią wpadły w taki szał, jakiego świat od dawna nie widział, albo przez jakiekolwiek służby jeszcze pozostały w tym przeklętym mieście. Większość ulicznych lamp była wyłączona, panowała praktycznie całkowita ciemność. Jedynym źródłem światła był księżyc w pełni, który wciąż znajdował się wysoko na niebie. Spojrzałam w stronę drugiego końca ulicy. W oddali widać było światło płomieni, które pochłaniały to, co zostało jeszcze z jednego z samochodów. Poznałam tamto miejsce jako dół budynku, z którego wcześniej tej nocy zrzuciłam Emmę. Należało się tej szmacie.
   Uniosłam półprzezroczyste dłonie i na nie spojrzałam. Obróciłam jedną kilka razy i uważnie się jej przyjrzałam. Przewróciłam oczami, zrobiłam duży krok ponad moim ciałem i zaczęłam iść przed siebie. Na szczęście po śmierci mogę być niewidzialna dla innych, jeśli sobie tego zażyczę, więc nie miałam problemu z przechadzaniem się po prostu ulicami miasta, które właśnie przechodzi przez atak tysięcy wilkołaków. Nie żeby to, czy ktoś mnie widzi, miało znaczenie. W końcu ja już nie żyję, gorzej nie będzie. Mimo tego, widok płonącego samochodu z wgniecionym dachem, znajdującego się idealnie pod miejscem, z którego spadła moja "rywalka", jest widokiem sprawiającym mi radość.
   Weszłam po schodach na najwyższe piętro budynku i po prostu przeszłam przez zamknięte drzwi. Rozejrzałam się szybko po dachu, na którym dalej widać było ślady po drobnej walce, jaka się tu niedawno odbyła. Zerknęłam na ciało wampirzycy, którą wcześniej zastrzelił tutaj Everett. Gdybym się postarała, nieźle bym go za to udupiła. Mało prawdopodobny jest jednak sam fakt, że przeżyje noc, a nie obchodzi mnie życie tej kobiety na tyle, żeby znowu pociągać za sznurki, do jakich mam dostęp, tylko po to żeby ten idiota spadł z rangi. On też ma kontakty, nigdy by go nie zwolnili. Nawet jeśli by się to stało, szczerze wątpię, że na długo.
   Podeszłam do kąta dachu i sięgnęłam do torby, która tam leżała. Skupiłam moc w mojej dłoni i wyjęłam znajdujący się tam telefon. Wybrałam szybko numer i wzięłam głęboki wdech, słuchając dźwięku sygnału.
- Dallas? Potrzebuję pomocy.
***
Kilka dni później...

   Siedziałam na kanapie i słuchałam rozmowy przez telefon. Siedzenie nie jest już przyjemne, kiedy jesteś martwy. Wszystko jest twarde i zimne jak kamień, każda poduszka i każdy koc. Uczucie było okropne, ale Dallas robił wszystko co mógł, żeby mi pomóc. On od zawsze był jedyną osobą, której potrzebowałam. Chodził teraz po pokoju niespokojnie w jedną i w drugą.
- Tak, będziemy tam. Dzięki - rozłączył się, opuścił rękę z telefonem i spojrzał na mnie. Zatrzymał się i milczał przez chwilę, prawdopodobnie zastanawiając się co powiedzieć.
- No, dawaj. Wiem, że pewnie powiesz coś w stylu mam dobrą i złą wiadomość, więc po prostu się wysłów, baranie - zmarszczyłam brwi niezadowolona. Mój przyjaciel westchnął.
- Dobra jest taka, że mam kogoś kto prawdopodobnie może ci pomóc.
   Uśmiechnęłam się lekko. W końcu wrócę do świata żywych. Ciągłe cierpienie się skończy, wszystko będzie dobrze i będę mogła dokończyć to, co zaczęłam.
- A zła? - zapytałam, wracając myślami do rzeczywistości.
- Wyraźnie powiedziała, że nie zrobi tego za darmo.
- Powiedziała? Kogo znalazłeś, znam ją?
- Uspokój się, bo brzmisz jak zazdrosna dziewczyna - Dallas podszedł do mnie, usiadł obok na kanapie i włożył telefon do kieszeni. - Kojarzysz nasz wtyk w policji? Rozmawiałaś z nią jakiś czas temu.
   Musiałam chwilę pomyśleć, żeby przypomnieć sobie o kim mówi. Rozmawiałam ostatnio z wieloma osobami, ale skojarzyłam jakąś kobietę, z którą widziałam się niedługo przed początkiem rewolucji.
- Tak, chyba tak. Jak ona miała, Lilith?
- Lilly. Ale byłaś blisko - poprawił mnie.
- No dobra, co z nią? Czego chce?
- Jeszcze nie powiedziała. Zapewne pieniędzy, wszyscy chcą pieniędzy. Dla nas to nie jest jakiś duży problem. Jak chce czego innego to się zobaczy, w każdym razie załatwimy to. Będziesz jak nowa - uśmiechnął się lekko. Poruszył się lekko, jakby chciał mnie przytulić, ale od razu przypomniał sobie, że nie może. Westchnęłam i też się uśmiechnęłam.
- Dziękuję. Na ciebie zawsze mogę liczyć.
- Od tego są przyjaciele.

***

   Dallas zapukał do drzwi. Przez ramię przerzuconą miał dużą, materiałową torbę. Przypadkowa osoba może pomyśleć, że po prostu idzie na siłownię czy coś. Tak naprawdę w torbie znajdowało się oczywiście moje ciało, dopilnowaliśmy żeby jego zapach nie był wyczuwalny. Stałam obok mężczyzny ze skrzyżowanymi rękoma i rozglądałam znudzona po okolicy.
   Otworzyła nam czerwonowłosa kobieta. Dallas chciał coś powiedzieć, ale go uprzedziłam.
- Lilly Mey, jeśli się nie mylę? Jestem Aideen, rozmawiałyśmy jakiś czas temu. Mamy sprawę, w której nam pomożesz. Może wejdziemy do środka i przedyskutujemy warunki?

<Lilly?>

OD Will CD Ashley ft. Kassie

 *****

  - Nie masz pojęcia, jak się teraz czuję. Wiedziałeś, że coś do ciebie czuję, czemu to powiedział- (...).
   Reszty już nie usłyszałem. W tamtej chwili mój mózg wracał do czasów, kiedy moje uczucia wobec innych były bardzo niesprecyzowane. Wszyscy albo mnie odtrącali, albo zakochiwali się po uszy bez wzajemności z mojej strony. Życie tak podłego cienia jak ja musi być serio trudne, a ja nawet tego nie dostrzegam. Są pewne momenty, w których życie przestaje przelatywać, a każda następna sekunda zaczyna się wydłużać. Tak też i było teraz. Nie miałem innego wyjścia. Musiałem się dowiedzieć, czy moje obawy się potwierdzają. Lekko zrozpaczony, ale nie dający po mnie poznać, spojrzałem na Ashley, która była naprawdę wkurwiona:
- Ashley, obiecuję, że po tym wszystkim ci wszystko wyjaśnię. Słowo-
   Po tych słowach szybko wybiegłem z jej mieszkania z nadzieją, że to wszystko jest tylko głupią intrygą. Spojrzałem na ulicę. Do tej pory nie zauważałem, jak ludzie potrafią pokazywać emocje, nawet przechadzając się po ulicy można było dostrzec frustracje, złość, szczęście czy też smutek innych. Moja psychika, można lekko mówiąc, zaczęła mi działać już na nerwach. Miałem tylko jeden cel, przez który jestem tym, kim jestem teraz. Kassie.


*****

   Mogłem się już domyślić po samym SMS-ie, który dostałem wcześniej, że coś nie gra. Musiałem jak najszybciej znaleźć tą szmatę. Był to jednoznaczny od niej znak, że czegoś a raczej kogoś oczekuję. Tym kimś mógłby być tylko osoba, na która ma obsesje (czyt. ~mnie). Postanowiłem udać się na wzgórze, na którym kiedyś spotkaliśmy się, aby oglądać zachody słońca. Nikt tutaj nie bywał tak często jak my. W zasadzie nikt inny, bo to było daleko od miasta, a komu by się chciało kogoś tu wlec.
   Jak też się mogłem spodziewać. Pośród szumiącej fali na łące, wśród kolorowych, pełnych barw kwiatów, obok pięknego, starego jak ten świat drzewa, stała kobieta, która była ubrana w uwodzące, ciemnie ubrania. Czyli standard. Lekko westchnąłem i powolnym krokiem zbliżałem się do dziewczyny. Obróciłem się w tym samym kierunku, w jakim i ona się patrzyła. Po dłuższej chwili w końcu przemówiłem:
- Kassie.
- Willamie. Od zawsze wiedziałam, że przeczytasz moje znaki i nawet sam wybrałeś miejsce, aby się spotkać. Wiesz jak bardzo wspominam nasze chwile spędzone w tym mie-.
- Czy możemy przejść przejść do rzeczy? - przerwałem.
- Skarbie, skąd te pośpiechy? Ktoś cię goni? Śledzi? Czy może gonisz za mną a nawet o tym nie wiesz? 
   Po tych słowach, ścisnąłem pięści, żeby nie wypuścić wkurwu, który we mnie aktualnie się gotował. Jak mógłbym zapomnieć to, co ona mi robiła przez te wszystkie lata?
- Niczego nie rozumiesz. Jak zawsze udajesz, że się przejmujesz wszystkim. Wybawicielka się znalazła, która ukoi mnie w moich cierpieniach. Nic ani nikt mnie nie zmieni. Wszystko to z twojej i wyłącznie winy!
- Oj kotku... - lekko smutna Kassie podeszła do mnie - Wiesz, że ja taka nie jestem. Tak chcę ci pomóc, ale w normalny sposób, dlatego też się do ciebie odezwałam.
   Kobieta wyciągnęła w moją stronę dłoń i dotknęła mojego zimnego policzka. Spojrzała mi głęboko w oczy. Jej piękne źrenice przeszywały moją duszę. Zdałem sobie sprawę, że wszystko to co mi powiedziała wcześniej jest prawdą. Nigdy sobie nikogo nie znajdę gdyż moja miłość stoi tuż obok mnie. Wzięła mnie w swoje objęcia. Można było tylko zauważyć jej niesamowite, pociągające, różowe oczy, który wzięły moje myśli ponad niebiosa. Znów mogłem poczuć się szczęśliwy. Cała moja zła energia rozproszyła się wokół mnie, a mój kompan zasnął u boku.
- Czy chciałbyś choć ten jeszcze jeden raz a nawet i więcej obejrzeć ze mną ten piękny zachód słońca?
Nie miałem kontroli nad własnym ciałem. Czułem, jak moje oczy są zamglone a usta mówiły co chciały. Pośród moich myśli buszował chaos oraz słowa, które wypowiedziała.
~Ciszy szept, który przeszedł przeze mnie, zerwał ze mnie najtwardszą skorupę, przez którą się ukrywałem przed innymi.~
*****
   Jej czułe pocałunki zaczęły mnie zabierać do raju, do miejsca, w którym mogłem być szczęśliwy. Widziałem w nim rzeczy, których dotąd mój wzrok nie mógł ujrzeć. Świat jednak mógł być piękny, jak też mi się wcześniej nie zdawało. Cała szarość została zmyta jak woda do ścieków, gdzie nigdy już nie powróci. Pośród chmur mogłem zobaczyć radosnego mnie, biegającego razem z moją ukochaną. Nikt nie mógł nam tego przerwać. Nikt. W pewnej chwili Kassie przylgnęła do mnie na ziemi i zapytała:
- Mój ukochany, czy przyszedł już ten moment, ten jedyny, kiedy zwiążemy się więzią miłości, która nie pozwoli nas rozłączyć? Czy chciałbyś, abym to ja była przy twoim boku i mogła spełniać twoje fantazje, marzenia oraz miłować najskrytsze uczucia?
   Kiedy już pewny siebie miałem odpowiedzieć na to proste pytanie, wszystko zaczęło znikać a w tle słyszałem rozpoznawalny dla mnie głos: Will! Will nie rób tego! WILL! Po czym ustał. Moje myśli zebrały się w jedną całość i zauważyłem, że to wszystko co jest wokół mnie jest iluzją. Po szybkim przebudzeniu, zobaczyłem, jak Kassie trzyma nóż przy szyi Ashley, która leżała na ziemi cała unieruchomiona. Chciałem coś zrobić, lecz też nie mogłem się ruszyć. Jak się okazało, skuła mnie srebrem. Odwróciłem się i zobaczyłem jej twarz ponownie oraz jej otwierające się usta, który mówiły:
- Nie przejmuj się tym czymś. Przeszkodziło nam w naszej słodkiej pogawędce. Zlikwiduje to zagrożenie na twoich oczach, abyś już wreszcie zrozumiał, dla kogo tutaj jesteś. Hah. Chyba, że wolisz przyjaciółkę od własnej kochanki.  
Willamie, co na to powiesz?
<Ashley, wróciłem???>


Kassandra "Kassie" Charmir

 
Choć i tak w plecy będziesz mi wbijał noże, moje serce należeć będzie tylko tobie.
 

 
 Imię i nazwisko: Kassandra Kassie Charmir
Wiek: 24 lata
Płeć: Kobieta
Rasa: Sukkub
Głos: Well, bywa
Orientacja: Biseksualna
Zauroczenie: Will.
Partner: (...)
Charakter:
 Kassandra jest bardzo zdeterminowaną kobietą, która jak postawi cel, to musi go zrealizować. Nie cacka się z tymi, którzy stoją na jej drodze. Po ciężkich zmaganiach z rodziną, wyjechała, aby szukać nowych zmagań ze światem. Zawsze czegoś jej brakuje, aby wszystko było perfekcyjnie. Dopracowuje każdy szczegół swojego zadania, aby nie było możliwości, że nawali. Ciężko jej jest pogodzić się z przegraną, dlatego jest nieczuła w sprawach, które mogłyby skomplikować jej plany. Jej wdzięk oraz słowa porwały już nie jednego mężczyznę lub kobietę za nią. Często wyzyskiwała pieniądze z nich, jej zeszłe, główne źródło zarobkowe. Żądała również od życia poczucia immunitetu, jakby była kimś ważnym w tym wszechświecie. Nienawidzi zdrajców, ani tych, którzy krzywdą jej bliskich (a raczej cele). Gdyby nie fakt, że jest Nadistotą, przyłączyłaby się do ludzi i razem z nimi przeprowadziła czystkę.
Praca: Pracuję pod przykrywką jako jedna z prezenterek TeleNewsProX24/7.
Umiejętności: 
- potrafi świetnie manipulować ludźmi,
- jedna z ekspertek broni palnej
- zwinność i przebiegłość to jej drugie oblicze
Specjalna Umiejętność: Potrafi tworzyć iluzję oraz zmienić swój wygląd (bez głosu).
Wygląd: 
Jest dosyć wysoka jak na przeciętną kobietę, ma tatuaż w kształcie małego serca na szyi, blisko podbródka, często chodzi w bardzo eleganckich ubraniach.
Rodzina:
 Często pomija w swoich historiach prawdziwe losy swojej rodziny. Na ogół wyjechała od nich, ponieważ miała dość ich niekończących się kłótni oraz sporów o nią samą. Wolała być niezależna.
Inne: 
- stara się maskować swoje rogi, ponieważ nie za bardzo za nimi przepada
- nie potrafi myśleć, jeśli nie będzie miała określonego celu,
- boi się całkowitej samotności, dlatego często używa swojego wdzięku, aby zdobyć swoich adoratorów,
- co jakiś czas składa ofiary z naiwnych Nadistos w celu oczyszczenia duszy,
Autor: Will

Lilly Mey

Don't worry honey, im open to all types


Imię i nazwisko: Lilly Mey 
Wiek: ? lat
Płeć: Kobieta.
Rasa: Sukkub, ?
Głos: Elize Ryd
Orientacja: Bi
Zauroczenie: Kiedyś podobno kogoś miała, teraz nie zna nikogo, bo jest nowa w mieście. 
Partner: "To skomplikowane"
Charakter: Lilly posiada dość specyficzny charakter. Już sam fakt bycia sukkubem wpływa na częste podejmowanie dość kwestionowanych decyzji, jednak to nie koniec. Jako sukkub uwielbia uwodzić i bawić się swoimi ofiarami, czasami nawet za bardzo przez co odeszła od starego zawodu. Na co dzień, ponieważ jest obserwowana przez policję za swoje stare przewinienia, stara się nie wychylać. Jednak, kiedy jest sama, potrafi pokazać, a raczej pokazuje swój demoniczny pazur. Uwielbia manipulować wszystkim co nie zgada się z nią i karać nie posłusznych jej woli. Nie zna słowa przepraszam oraz przyjmuję przeprosiny. Zawsze znajdzie sposób, by się odegrać. Natomiast, kiedy staje w sytuacji kryzysowej, posunie się do wszystkiego. Jest w stanie oddać swoje ciało lub poświęcić przyjaciela, byle by wyjść z opresji cała. Mimo wielu wad posiada również zalety. Jest dość gadatliwa, dzięki czemu ludzie uwielbiają spędzać przy barze, kiedy ich obsługuje. Bardzo często prowadzi to do dość sporych napiwków. Wbrew pozorom jest też dość prosta, nie kłamie, jeśli nie musi i wyraża wszystkie swoje poglądy i myśli na głos. Jej piękny wygląd i czarujący głos pomagają jej z codziennymi problemami, ponieważ mimo wad swojej umiejętności, nadal ją nadużywa.
Praca: Barmanka/kelnerka
Umiejętności: 
- Ukończony kurs barmański drugiego stopnia
- Ukończony kurs kelnera
- Piękny głos, podobno kiedyś śpiewała, ale teraz tego nie robi
-  Kurs samoobrony poziomu trzeciego.
"Praca za barem jest nie bezpieczna, szkoda by było gdybym miała nóż w bucie, lub co gorsza gaz pieprzowy (chociaż to pierwsze boli bardziej)."
Specjalna Umiejętność: Mówi się, że sukkuby są bardzo pociągające, ale z jakiegoś powodu ona przeniosła to na inny poziom. Nawet sukkuby łamią się słysząc jej głos, zwłaszcza podczas śpiewu. Niestety, kiedy przesadza nadużywać swoich umiejętności, po jakimś czasie oczarowani orientują się, co się dzieje. 
Wygląd: Życie (jak to każdego sukkuba) obdarzyło ją hojnie, jeśli chodzi o części ciała związane z żeńską aparycją. Gładka cera, lekko wysypana piegami, wysokie barki, szeroka miednica oraz duże piersi podkreślają jej naturale, krwisto czerwone włosy, oraz brązowe oczy. Ma smukłą, wysportowaną posturę oraz 173cm wzrostu. Nie posiada skrzydeł oraz rogów, przez co nie da się jej odróżnić od człowieka. Podobno straciła je podczas jakiegoś incydentu, ale z jakiegoś powodu zawsze jest to inna historia. Ostatnią częścią zdobiącą jej ciało jest ogon, który zawsze chowa w spodniach i bieliźnie. 
Rodzina: Ojciec i matka nie żyją, lub ich nie zna. Jej życie rodzinne obraca się wokół jej samej.
Historia: Jest nowa w mieście. Jakimś cudem, mimo barykad, udało się jej dostać do środka. Za nim znalazła się w Riverside, pracowała w Los Angles, jednak los z jakiegoś powodu zmusił ją do zmiany zamieszkania i ucieczki z rodzinnych stron. Aktualnie pracuje za barem w "Połamanej Monecie" i mieszka zaledwie kilka przecznic od baru. Czasami można ją spotkać w kasynie jako kelnerke, a czasami jako ktoś inny.
Inne: 
- Ma tatuaże w trzech miejscach: na plecach i obydwu rękach. Tatuaże na prawym oraz lewym ręku przedstawiają starożytne runy, natomiast tatuaże na plecach przedstawiają znaki z języka chińskiego.
- Uwielbia alkohol i czasami się nie kontroluje, kiedy go pije.
- W wolnym czasie uwielbia grać w szachy i śpiewać pod prysznicem.
- Czasami, kiedy się nudzi, wpada do lokalnych nerdów, pograć w RPG i może po"LARPować"
- Może nie wygląda, ale skończyła szkołę gastronomiczną i potrafi całkiem nieźle gotować.
Autor: Mashi

Od Sam

   Nie tak sobie wyobrażałam pierwszy dzień w tym mieście, pomyślałam, wyglądając spoza lady kawiarenki. Spalone ściany, wybite okna, roztrzaskane stoły. Upewniając się, że żadnego zagrożenia nie ma, powoli wyszłam z budynku. Dwójka policjantów dawno się zwinęła, zostawiając kartkę z numerem. Szczerze wątpię, żeby cokolwiek mogło pokryć te szkody.
- Lepiej gdzieś pójść niż zostawać w centrum miasta podczas apokalipsy, Sam.. – powiedziałam sama do siebie powoli ruszając w stronę jednych z alejek. Nie zamierzałam pchać się przez ulice wiedząc, że panuje tam piekło. Mądre osoby przeżyją, a słabi umrą, przeszła myśl przez moją głowę. Uśmiechnęłam się do siebie, wiedząc, że to prawda. Ścisnęłam mój naszyjnik jakoby miało by mi to dodać otuchy.  Ironią jest to, że demon, dzięki któremu to posiadam, pewnie teraz się cieszy widząc co się dzieje w tym mieście. Przynajmniej jedna osoba jest zadowolona.
   Usłyszałam nagle warknięcie za sobą. Poczułam jak serce mi stanęło i ciało odmówiło mi posłuszeństwa, a po plecach przebiegł dreszcz. Szybko odwróciłam głowę by zobaczyć wilka przygotowującego się do skoku z ociekającym ze śliny pyskiem. Instynktownie wyciągnęłam rękę przed siebie, poczułam jak całe ciepło z mojego ciała zaczyna się skupiać w mojej dłoni. Wilk skoczył i zderzył się z nowo powstałą kulą ognia, stając w płomieniach. Odsunęłam się od piszczącego zwierzęcia, które zwijało się z bólu na ziemi. Kucnęłam obok niego i spojrzałam mu prosto w oczy. Jego przepełnione były bólem i nawet w momencie jego śmierci – nienawiścią.
- Nie bierz tego personalnie koleżko, ale to ja albo ty, i szczerze, nie myślę, że jestem gotowa stracić swoje życie. – W tym momencie przestał się wić, ogień też przygasł i pozostało tylko spalone, dymiące truchło wilka. Westchnęłam, wstałam i kontynuowałam moją drogę. Nie mam jakiegoś określonego celu, po prostu przeżyć.

***

   Nie wiem jak długo mi to zajęło, ale w końcu trafiłam do swojego apartamentu. Cały budynek był zaskakująco cichy, nie podoba mi się to, pomyślałam wchodząc po cichu do środka. Pstryknęłam włącznik światła, bez efektu. Odcięli prąd? Pewnie winda tez nie będzie działała. I tak wątpie, czy chciałą bym z niej teraz korzystać, wpadło mi do głowy patrząc na smugi krwi prowadzących do drzwi jednej z wind. Powoli obeszłam jak największym łukiem windy i otworzyłam drzwi na klatkę schodową. Spojrzałam do góry i zadowoliłam się faktem, że nic nie widziałam ani nie słyszałam. Nic nie widziałam bo było ciemno, ale jeżeli nic nie słyszałam, nawet jak jest echo, to znaczy, że nikogo nie ma, prawda? Wypowiedziałam po cichu zaklęcie, a w mojej ręce pojawił się malutki płomień oświetlający drogę. Zaczęłam powoli się wspinać po schodach, zastanawiając się nad moją rodziną. Prawdopodobnie zabunkrowali się w którymś z domów pod Los Angeles albo coś takiego. Może jednak wyjazd i próba samodzielnego życia była błędem i teraz sam szatan mnie ściga? Nie zdziwiłabym się w sumie.
   Moje myślenie zostało przerwane przez chlupnięcie pod moimi nogami. Spojrzałam na kałużę krwi spływającą z wyższego piętra i zastygłam. Starałam się znaleźć napis piętra na którym jestem. Czwarte. Jeszcze dwa piętra i będziesz bezpieczna, odezwał się głos w mojej głowie. Rozejrzałam się po ciemnej klatce schodowej, wytężając wzrok.
   I wtedy zobaczyłam parę czerwonych ślepi wpatrujących się we mnie. I kolejną, i kolejną. Zaczęłam powoli przesuwać się w stronę drzwi, cały czas delikatnie rozlewając krew zgromadzoną pod moimi butami, które kupiłam wczoraj, żeby nie było. Nagle oczy się ruszyły a z ich stron wydał się nieludzki ryk. Całe moje ciało trzasło z całej siły w drzwi, otwierając je na oścież. Szybko je za sobą zamknęłam i założyłam runę, która nie umożliwiała ich otwarcie. Widząc jednak, że wampiry zaczęły przebijać przez nie swoje pazury, zrobiłam to co każda normalna osoba - zaczęłam biec i krzyczeć, waląc po każdych drzwiach, modląc się do wszystkich bogów po kolei o litość. 
Odwróciłam się w porę by zobaczyć jak drzwi wylatują z zawiasów a po ścianach zaczęły się rozchodzić te poczwary. Czułam, jakby serce zaraz miało mi eksplodować, tętno czułam w szyi, nie mogłam myśleć. Dobiegłam do ostatnich drzwi, upadłam na kolana i zaczęłam walić w całej siły, odwracając się co chwilę widząc jak zbliżają się by mnie zabić. No cóż, tak kończy Samantha Sterling, moja jedyna myśl zabrzmiała.
   W tej chwili drzwi otworzyły się szybko i zostałam siłą wciągniętą do środka. Przez chwilę nie zrozumiałam co się stało. Ja już nie żyje prawda? To były moje drzwi do piekła, i teraz będę palić się do końca świata. Rozejrzałam się po mieszkaniu - martwe ciało leżało w salonie z nożem kuchennym w klatce piersiowej, meble były porozrzucane, niektóre połamane, a białowłosa kobieta zaczęła mnie podnosić z ziemi.
-Taliyah Grayson, do usług, a teraz chodź za mną albo zostaniesz jedzeniem dla tych wampirów za drzwiami.

Samantha Sterling


Nie chciałam, naprawdę! Żarcik, chciałam.

Podobny obraz


Imię i nazwisko: Samantha Sam Sterling
Wiek: 26 lat
Płeć: Kobieta
Rasa: Czarodziej
Orientacja: Zależy kto pyta ;)
Zauroczenie: Każda osoba ładniejsza niż średnia krajowa
Partner: Sama sobie starcza
Charakter: Dla Sterling'ów nigdy nie liczyło się nic więcej niż pieniądze. Początek dynastii Sterlingów dał pakt z szatanem, zapieczętowany małżeństwem i wspólnym dzieckiem dwóch w praktyce obcych sobie ludzi połączonych jednym celem - zdobycie władzy. Paręnaście generacji później narodziła się Samantha - znudzona jednak życiem w luksusach wyjechała szukając własnego sposobu na zdobycie sławy. Zdystansowana do życia, nie posiada przyjaciół, a osoby, które są dla niej pożyteczne. Rzadko kiedy jest dla kogokolwiek miła, stawiając zawsze swoje interesy powyżej innych. Samantha jest typem osoby, która nie zawaha się wbić tobie nóż w plecy, dosłownie. Dzięki temu zawsze uczynnie wykonuje zlecenia, nie pozostawiając nawet przy życiu świadków. Jej poczucie humoru skupione jest na cierpieniu ludzi, ale także śmieje się z różnych memów w internecie. Jeżeli jakimś cudem uda ci być dla niej kimś ważnym, zawsze możesz liczyć na jej wsparcie. Jest oddana sprawom, które uważa za dobre. Zawsze pewna siebie, boi się ukazywać strach, robiąc dobrą twarz do złej gry.
Praca: W wolnym czasie pozbywa się ludzi uciążliwych dla grubych ryb Riverside.
Normalnie pracuje jako barista w Cafe Chennai.
Umiejętności:
- nie zna pojęcia zamknięte drzwi
- wyszkolona w walce wręcz
- spali ciebie szybciej niż zdążysz wyciągnąć broń
- czyni cuda z makijażem
Specjalna Umiejętność: Bez problemu manipuluje ludźmi, karmiąc ich kłamstwami.
Wygląd:
Średniej wysokości farbowana blondynka o seledynowych oczach. Jej cera jest nieskazitelna. Na szyi zawsze nosi swój naszyjnik będący jednocześnie źródłem jej mocy.
Rodzina:
Ojciec i matka mieszkają gdzieś w Los Angeles. 
Inne:
- ma ciągle rosnącą kolekcję noży motylkowych
- wie jak zmyć krew by nie zostawiała śladów
- posiada rozbudowaną sieć kontaktów w Riverside, szczególnie w policji
- nie umie korzystać z broni palnej
- udaje człowieka
- zawsze ma przy sobie posrebrzany nóż
- od czasu do czasu składa ofiary z osób, których musi likwidować
Autor: Everett

Od Everett'a CD RIP Emma

   Wszystko się stało szybko - nie zauważyłem nawet kiedy zastrzeliłem wampirzycę, która za bardzo się skupiła na oglądaniu tego chorego przedstawienia. Niestety nie było czasu na użalanie się nad Emmą kiedy Aideen zaczęła uciekać dachami. Ona by się nie użalała. Przeskoczyłem na kolejny dach i rozpocząłem pościg. Aideen nie była zła w te klocki pewnie brała lekcje od Ashley i Willa - co chwilę zmieniała kierunek, starając się sprzedać kulkę w łeb. Na szczęście dwóch moze się tak bawić. Nie wiem ile czasu tak spędziliśmy biegając. Wiem tylko, że kiedy zbiegaliśmy po schodach na ulicę ktoś wystrzelił do Aideen, chyba z karabinu snajperskiego, bo siła od kontaktu z kulą była na tyle silna, by powalić ją na ziemię co przetoczyła się na drogę. Próbowała się podnieść kiedy w końcu zszedłem na chodnik.
-Jesteś aresztowana za zdradę stanu, jebana terrorystko. - Aideen zaczęła się śmiać i wstała. Połowa jej polika gdzieś zniknęła, a druga część bezwładnie latała przez wiatr. Kolejne zdjęcie, które będę chciał wymazać z mojej pamięci.
-Rozejrzyj się - podniosła swoje obite ramiona - nadistoty przeżywają zmartwychkurwawstanie. - w oddali słychać było wystrzały i silniki samolotów - To JA piszę nową historię gdzie MY będziemy górować. - wyciągnęła z tylnej kieszeni pistolet ile ona ich ma.- I nic - wymierzyła we mnie - mnie nie - uśmiechnęła się szyderczo - zatrzym---
   W Aideen wjechał jeep, który od razu zaczął driftowac i zatrzymał się przy mnie. Aideen przekoziolkowała w powietrzu parę razy zanim wylądowała głową na asfalcie z odrażającym trzaskiem. Drzwi jeepa otworzyły się z rozmachem i wyszli na zewnątrz Zachary i Annabeth.
-Trafiłam? Miałam brudną szybę. - spojrzała na zwłoki. -Czyli trafiłam.
   Teraz, gdy adrenalina zaczęła znikać, przypomniało mi się o czymś. A dokładniej o kimś.
Emma.


***

   Staliśmy przed wrakiem płonącego samochodu, na który spadła Emma. Ciała już nie było, pewnie jakiś wilk postanowił zjeść kolację albo coś. Przynajmniej tak można było ją pochować, jeżeli to w ogóle było dobre słowo. Ostatni odszedłem od auta.
- To co teraz? - spytałem. - Jaka jest sytuacja gdziekolwiek indziej? - Zachary i Annabeth spojrzeli na siebie.
- Nie mamy z  nikim kontaktu. - odezwała się kobieta - Podczas napadu na nasz obóz straciliśmy jedyny sposób komunikacji. - widząc moją minę kontynuowała - Można to nazwać kartą dostępu na kanał wojska, tak skrótowo. - wzruszyła ramionami.
- No wiesz, jeszcze jes-- - zaczął Zachary.
- To jest bardzo idiotyczny pomysł, nawet jak na ciebie. - odpowiedziała mu blondynka.
- Jaki? - spojrzałem na swojego brata.
Zatrzymał się na chwilę, jakby myśląc, czy warto to mówić.
- Można by też spróbować shackować jakąś antenę satelitarną. - powiedział.
- Czyli tłumacząc na nasz język, pan hackerman chce się popisać swoimi umiejętnościami. Ja tylko dodam, że to jest misja samobójcza, bo potrzebna do tego antena jest w centrum miasta. - Annabeth dodała.
- A kto jeszcze żyje z tej waszej grupy?
- Nie widać?
   Dramatycznie westchnąłem. To będzie długa noc.


***

   Dostanie się do centrum nie sprawiło większego problemu. Musieliśmy spacyfikować tylko trzech wilkołaków. Reszta nadistot pewnie siedziała gdzieś pod komisariatem lub ratuszem. Ciekawe co u mojego szefa. Drzwi były otwarte, pewnie w panice pracownicy zapomnieli ich zamknąć. Po cichu weszliśmy do budynku i udaliśmy się po schodach do góry. W końcu trafiliśmy przed drzwi z napisem SEKCJA IT. W środku stał komputer pewnie starszy od nas wszystkich. Zachary usiadł na krześle i zaczął klikać w klawiaturę.
- Tylko nie mów, że teraz będziemy odpierać jakieś trzy tysiące fal - powiedziała Annabeth spoglądając przez okno. Zachary się zaśmiał pod nosem.
- Otóż nie tym razem, droga pani.
- Nie tym razem? - spojrzałem na nich.
- Długa historia.
   Liczyłem z Annabeth wilkołaki biegające po ulicach, kiedy Zachary wstał i przeciągnął się.
- Tutaj wszystko zrobione. - wskazał na komputer.
- I?
- Przysyłają posiłki. Przy okazji wydali rozporządzenie o kwarantannie.
- Kwarantanna? - Annabeth podeszła do komputera i zaczęła czytać wiadomości. - Po co?
- Pewnie przez wszystkie wydarzenia, które się tutaj odbyły. Coś czuję, że nadciąga Ragnarok na to miasto.
- Piszą, że w Los Angeles i innych miastach nadistoty zaczęły się gromadzić na ulicach jako protest. To tylko kwestia czasu zanim kolejna Aideen się znajdzie i to wykorzysta. - kobieta westchnęła. - Co teraz? - podparła się o biurko.
- Można zobaczyć co się dzieje u naszych w komisariacie.

***

   Było pusto. Nikogo nie było na zewnątrz. Przez szyby też nikogo nie widziałem. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, po czym wszyscy podeszliśmy do drzwi wejściowych. Gdzieniegdzie leżały ciała oficerów i innych policjantów. Czysta rzeź.  Dotknąłem poręczy od drzwi. Coś mi mówiło, że to pułapka ale jeżeli dali nam tu podejść to znaczy, że albo nas nie widzieli, albo czekają aż wejdziemy. Pewnie to drugie. Wziąłem głęboki wdech i popchnąłem drzwi.
   Niewidoczna wcześniej runa umieszczona na drzwiach rozproszyła się na tysiąc elementów, po czym rozniosła się po całym komisariacie wydając przy tym bardzo cichy dźwięk, jakby ktoś bawił się kluczami. Magiczny alarm bezpieczeństwa? Niestety - tak. Zaraz po naszym wejściu ktoś z wyższego piętra cisnął w naszą stronę kulę ognia. Odskoczyliśmy w porę, ale w nasze miejsce jarzył się niebieski płomień. Pewnie bylibyśmy teraz grzankami gdybyśmy się nie ruszyli. Oddałem w stronę napastnika parę strzałów z mojego pistoletu, ale ten skrył się w pokoju obok.
- Lepiej się rozdzielić, mniejsza szansa, że kogoś z nas trafi. - powiedziałem idąc w stronę schodów. Nawet nie zdążyłem wejść na pierwszy stopień, kiedy zmyła mnie z nich fala wody, która zmaterializowała się znikąd. Serio, jak bardzo  zaminowane jest to miejsce? Rozejrzałem się w okół, ale Annabeth i Zachary już się rozeszli. A może tamten mag nie jest jedyny? Cały mokry, wszedłem po schodach i spojrzałem na korytarz. Pusto. Wejrzałem do pokoju, gdzie skrył się mężczyzna. Też pusto. Poczułem nagle rękę na plecach.
- Jeden ruch a spalę ciebie żywcem - syknął. - Teraz dasz mi wyjść, rozumiesz? - powoli kiwnąłem głową. Prowadził mnie przodem do wyjścia.
- Obróć się - powiedział wyciągając z mojej ręki pistolet. - Ja wyjdę, a ty im powiesz, że nie mogłeś mnie znaleźć. - zaczął wychodzić z komisariatu kiedy nagle ryknął z bólu. Obróciłem się by zobaczyć go z nożem w plecach i stojącą nad nim Emmę. A przynajmniej coś przypominającego Emmę - wyglądała okropnie. Patrzyliśmy na siebie tak przez jakąś minutę.
- Nawet nie dasz jakiegoś buzi na podziękowanie? - uśmiechnęła się.
- Czy mogę zapytać, jakim cudem ty kurwa żyjesz? Ostatnim razem spadałaś z któregoś piętra. Z tego co wiem tego się nie da przeżyć.
- Uwierz mi, długa historia - powiedziała ścierając trochę krwi ze swojej twarzy. - Ale z tego co widzę, mamy dużo czasu.




<  wow that was knife-tastic > 

OD Ashley CD WIll ft. Everett, Emma, Aideen.

Ashley wraz z świeżo uwolnionym Willem stanęli przed kawiarnią, do której mieli właśnie wbiec, patrząc na Everett'a i Emmę. Tą wredną sukę, która zdradziła nadistoty, pracując dla ludzi. Ashley zacisnęła ręce w pięści. - Jesteście aresztowani za--
- A przymknij się.
Ashley natychmiast zrobiła ścianę ognia, między nimi i rzuciła w ich stronę, kilka kul, powodując pożar i uciekli w drugą stronę. Nie miała się zamiar bić, nie teraz, nie w tym momencie, to nie była odpowiednia chwila. Nie chciała pakować się w to wszystko, przed sojuszem. Zamknęli się w domu Ashley, żeby na chwilę odsapnąć.
- Trzymasz się?
Dziewczyna spojrzała na Will'a, a ten bez słowa, przytaknął.
- Tak, tak... Dzięki za pomoc.
- Zrobiłbyś raczej to samo.
- Nie sądzę.
Dziewczyna się zaśmiała, biorąc apteczkę. i kucnęła przed nim, oczyszczając mu rany. Will syknął mocno, czując wodę utlenioną na policzku.
- Nie torturuj mnie.
- Torturować, to ja Cię mogę zacząć, Will. Wyjaśnij mi coś. Kim do kurwy nędzy był tamten typ, który się podszywał pod ciebie?
Chłopak nic nie powiedział, trochę zaskoczony.
- Słucham?
- Przyszedł do mnie ktoś, podszywający się pod ciebie i mnie zaciągnął do łóżka. Mam nadzieję, że masz dobre wytłumaczenie.
Wstała i odłożyła rzeczy, opierając się o stół.
- Nie masz pojęcia, jak się teraz czuję. Wiedziałeś, że coś do ciebie czuję, czemu to powiedziałeś komuś?
- Ja nie...
- TO CZEMU JEDNAK KTOŚ PRZYSZEDŁ I ZAGRAŁ MI NA EMOCJACH CO!?
- Ashley. - przerwał jej, zanim jeszcze coś dodała. - Obiecuję, że po tym wszystkim, ci wszystko wyjaśnię. Słowo.


******

- Nie taki miał być plan, Aideen!
Dziewczyna spojrzała na dowodzącą, która siedziała z nią w aucie, jadąc do Riverside. Aideen ją znalazła i pozwoliła jechać z nią, o tyle dobrze. Jednak to, co Ashley usłyszała od kobiety, ją kompletnie zaskoczyło.
- Nie, nie, Ashley. Od początku był taki plan.
- Powinniśmy zrobić sojusz, a nie walczyć o władzę!
- Ten, kto ma władzę, nadaje sojusze. A jak wiesz, chce tylko się dostosować do ludzi.
- Nie uwierzą ci! Pamiętasz może Emmę!? Ona wykrywa każde kłamstwo!
Aideen się uśmiechnęła.
- Zaufaj mi. Nawet jak będę kłamać, to będę mówić prawdę. Ty masz tylko się trzymać procedur, Ashley. 
Dziewczyna zacisnęła ręce w pięści. Nie chciała takiego toku akcji. Jak mogła nie przypuszczać, że Aideen nie zależy na sojuszu, tylko na władzy? Kobieta, złapała Ashley za podbródek i skierowała jej wzrok na siebie.
- Po tym wszystkim, każda nadistota, będzie szczęśliwie chodzić po tej planecie.
Ashley nic nie mówiła. Tylko patrzyła na dowódcę. Nie mogła nic zrobić. Nie mogła jej powstrzymać. Nic. Co ona zrobiła...

****

Nadistota patrzyła na ten cały chaos. Jej dom, jej rodzina... Co oni uczynili? Nie mogła tego skończyć w żaden sposób. Spojrzała w stronę Aideen, jak rozmawiała z Emmą. Teraz zrozumiała, że to... Aideen była tym złym. Gdy zobaczyła, jak Emma spada, poczuła, jak jej serce się zatrzymało. Krew... Dużo krwi...
Za dużo krwi.Potem tylko dźwięk grającego samochodu. To był koniec. Ashley upadła na kolana. Nic nie mogła zrobić. Poddała się.Oby tylko Will sobie radził, zbierając resztę nadistot, które nie chcą takiego zakończenia, jakie jest teraz.
Gdy stanął przed nią wilkołak, po prostu podniosła głowę, patrząc na swoją matkę. Miała zakrwawiony pysk, warczała na nią, jakby miała się zaraz rzucić. Ashley zaczęły ciec łzy po policzkach.
- Przepraszam...
Przytuliła się do wilka, zaciskając ręce na jej futrze, zaczynając wyć na cały głos.
- PRZEPRASZAM! To wszystko moja wina, dałam jej dostęp do was, co ja wam zrobiłam, wy nigdy byście tego nie zrobili...!
Dziewczyna wtuliła się w jej futro, a wilk nadal stał, jak maszyna, warcząc i czekając na człowieka, który się pokaże. Wybiegła, rzucając się na człowieka. Ashley wstała i pobiegła za nią, zmieniając się po chwili w ogień i złapała za człowieka, odciągając go na bok. złapała wilczyce za pysk.
- Mamo, musisz się otrząsnąć! - Parła na nią, żeby tylko się nie wyrwała. Nie chciała jej robić krzywdy. Spojrzała na przerażonego mężczyznę.
- Co ty tu jeszcze robisz, SPIERDALAJ!
Mężczyzna natychmiast uciekł. Dziewczyna rzuciła wilczycą na bok.
- Nie chce ci nic zrobić! - Złapała za pręt. Gdy wilk się znowu na nią rzucił, przystawiła jej pręt do pyska i odkopnęła na bok, a potem jej dała w pysk. Wilczyca poleciała, leżąc ledwo żywa. Zmieniła się w człowieka. Ashley puściła zakrwawiony pręt.
- O nie...
Pobiegła w jej stronę.
- MAMO!
Kucnęła przy niej i podniosła. Kobieta otworzyła oczy.
- Skarbie...
- Mamo! Przepraszam, ja... Chciałaś zaatakować niewinnego, potem... J-Ja...
Kobieta otarła swojej córce łzy.
- Ashley... Dziękuje. 
Wilkołak opadł nieprzytomny na ziemię. Co ona zrobiła, zabiła ją... Zabiła własną matkę, która ją wspierała, niezależnie od wszystkiego. Jest mordercą. 
- Ashley...Mężczyznaspojrzał na dziewczynę, której oczy były białe i zalane łzami. Jedynie co robiła, to sapała, jakby... Umarła, ale żyła za razem. Luke spojrzał na martwą kobietę, a potem na swoją ukochaną.
- Boże drogi...
Przytulił ją mocno do siebie.
- Tak mi przykro...
W tym momencie przybiegł Will, widząc Luke'a, razem z martwą kobietą i Ashley, która była dosłownie kukłą.
- Co się stało!? - krzyknął zaskoczony.
- M-M...Morderca.
 Tylko to wydukała, zanim straciła przytomność.


<Will?>
^