Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Everett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Everett. Pokaż wszystkie posty

Od Everett'a CD RIP Emma

   Wszystko się stało szybko - nie zauważyłem nawet kiedy zastrzeliłem wampirzycę, która za bardzo się skupiła na oglądaniu tego chorego przedstawienia. Niestety nie było czasu na użalanie się nad Emmą kiedy Aideen zaczęła uciekać dachami. Ona by się nie użalała. Przeskoczyłem na kolejny dach i rozpocząłem pościg. Aideen nie była zła w te klocki pewnie brała lekcje od Ashley i Willa - co chwilę zmieniała kierunek, starając się sprzedać kulkę w łeb. Na szczęście dwóch moze się tak bawić. Nie wiem ile czasu tak spędziliśmy biegając. Wiem tylko, że kiedy zbiegaliśmy po schodach na ulicę ktoś wystrzelił do Aideen, chyba z karabinu snajperskiego, bo siła od kontaktu z kulą była na tyle silna, by powalić ją na ziemię co przetoczyła się na drogę. Próbowała się podnieść kiedy w końcu zszedłem na chodnik.
-Jesteś aresztowana za zdradę stanu, jebana terrorystko. - Aideen zaczęła się śmiać i wstała. Połowa jej polika gdzieś zniknęła, a druga część bezwładnie latała przez wiatr. Kolejne zdjęcie, które będę chciał wymazać z mojej pamięci.
-Rozejrzyj się - podniosła swoje obite ramiona - nadistoty przeżywają zmartwychkurwawstanie. - w oddali słychać było wystrzały i silniki samolotów - To JA piszę nową historię gdzie MY będziemy górować. - wyciągnęła z tylnej kieszeni pistolet ile ona ich ma.- I nic - wymierzyła we mnie - mnie nie - uśmiechnęła się szyderczo - zatrzym---
   W Aideen wjechał jeep, który od razu zaczął driftowac i zatrzymał się przy mnie. Aideen przekoziolkowała w powietrzu parę razy zanim wylądowała głową na asfalcie z odrażającym trzaskiem. Drzwi jeepa otworzyły się z rozmachem i wyszli na zewnątrz Zachary i Annabeth.
-Trafiłam? Miałam brudną szybę. - spojrzała na zwłoki. -Czyli trafiłam.
   Teraz, gdy adrenalina zaczęła znikać, przypomniało mi się o czymś. A dokładniej o kimś.
Emma.


***

   Staliśmy przed wrakiem płonącego samochodu, na który spadła Emma. Ciała już nie było, pewnie jakiś wilk postanowił zjeść kolację albo coś. Przynajmniej tak można było ją pochować, jeżeli to w ogóle było dobre słowo. Ostatni odszedłem od auta.
- To co teraz? - spytałem. - Jaka jest sytuacja gdziekolwiek indziej? - Zachary i Annabeth spojrzeli na siebie.
- Nie mamy z  nikim kontaktu. - odezwała się kobieta - Podczas napadu na nasz obóz straciliśmy jedyny sposób komunikacji. - widząc moją minę kontynuowała - Można to nazwać kartą dostępu na kanał wojska, tak skrótowo. - wzruszyła ramionami.
- No wiesz, jeszcze jes-- - zaczął Zachary.
- To jest bardzo idiotyczny pomysł, nawet jak na ciebie. - odpowiedziała mu blondynka.
- Jaki? - spojrzałem na swojego brata.
Zatrzymał się na chwilę, jakby myśląc, czy warto to mówić.
- Można by też spróbować shackować jakąś antenę satelitarną. - powiedział.
- Czyli tłumacząc na nasz język, pan hackerman chce się popisać swoimi umiejętnościami. Ja tylko dodam, że to jest misja samobójcza, bo potrzebna do tego antena jest w centrum miasta. - Annabeth dodała.
- A kto jeszcze żyje z tej waszej grupy?
- Nie widać?
   Dramatycznie westchnąłem. To będzie długa noc.


***

   Dostanie się do centrum nie sprawiło większego problemu. Musieliśmy spacyfikować tylko trzech wilkołaków. Reszta nadistot pewnie siedziała gdzieś pod komisariatem lub ratuszem. Ciekawe co u mojego szefa. Drzwi były otwarte, pewnie w panice pracownicy zapomnieli ich zamknąć. Po cichu weszliśmy do budynku i udaliśmy się po schodach do góry. W końcu trafiliśmy przed drzwi z napisem SEKCJA IT. W środku stał komputer pewnie starszy od nas wszystkich. Zachary usiadł na krześle i zaczął klikać w klawiaturę.
- Tylko nie mów, że teraz będziemy odpierać jakieś trzy tysiące fal - powiedziała Annabeth spoglądając przez okno. Zachary się zaśmiał pod nosem.
- Otóż nie tym razem, droga pani.
- Nie tym razem? - spojrzałem na nich.
- Długa historia.
   Liczyłem z Annabeth wilkołaki biegające po ulicach, kiedy Zachary wstał i przeciągnął się.
- Tutaj wszystko zrobione. - wskazał na komputer.
- I?
- Przysyłają posiłki. Przy okazji wydali rozporządzenie o kwarantannie.
- Kwarantanna? - Annabeth podeszła do komputera i zaczęła czytać wiadomości. - Po co?
- Pewnie przez wszystkie wydarzenia, które się tutaj odbyły. Coś czuję, że nadciąga Ragnarok na to miasto.
- Piszą, że w Los Angeles i innych miastach nadistoty zaczęły się gromadzić na ulicach jako protest. To tylko kwestia czasu zanim kolejna Aideen się znajdzie i to wykorzysta. - kobieta westchnęła. - Co teraz? - podparła się o biurko.
- Można zobaczyć co się dzieje u naszych w komisariacie.

***

   Było pusto. Nikogo nie było na zewnątrz. Przez szyby też nikogo nie widziałem. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, po czym wszyscy podeszliśmy do drzwi wejściowych. Gdzieniegdzie leżały ciała oficerów i innych policjantów. Czysta rzeź.  Dotknąłem poręczy od drzwi. Coś mi mówiło, że to pułapka ale jeżeli dali nam tu podejść to znaczy, że albo nas nie widzieli, albo czekają aż wejdziemy. Pewnie to drugie. Wziąłem głęboki wdech i popchnąłem drzwi.
   Niewidoczna wcześniej runa umieszczona na drzwiach rozproszyła się na tysiąc elementów, po czym rozniosła się po całym komisariacie wydając przy tym bardzo cichy dźwięk, jakby ktoś bawił się kluczami. Magiczny alarm bezpieczeństwa? Niestety - tak. Zaraz po naszym wejściu ktoś z wyższego piętra cisnął w naszą stronę kulę ognia. Odskoczyliśmy w porę, ale w nasze miejsce jarzył się niebieski płomień. Pewnie bylibyśmy teraz grzankami gdybyśmy się nie ruszyli. Oddałem w stronę napastnika parę strzałów z mojego pistoletu, ale ten skrył się w pokoju obok.
- Lepiej się rozdzielić, mniejsza szansa, że kogoś z nas trafi. - powiedziałem idąc w stronę schodów. Nawet nie zdążyłem wejść na pierwszy stopień, kiedy zmyła mnie z nich fala wody, która zmaterializowała się znikąd. Serio, jak bardzo  zaminowane jest to miejsce? Rozejrzałem się w okół, ale Annabeth i Zachary już się rozeszli. A może tamten mag nie jest jedyny? Cały mokry, wszedłem po schodach i spojrzałem na korytarz. Pusto. Wejrzałem do pokoju, gdzie skrył się mężczyzna. Też pusto. Poczułem nagle rękę na plecach.
- Jeden ruch a spalę ciebie żywcem - syknął. - Teraz dasz mi wyjść, rozumiesz? - powoli kiwnąłem głową. Prowadził mnie przodem do wyjścia.
- Obróć się - powiedział wyciągając z mojej ręki pistolet. - Ja wyjdę, a ty im powiesz, że nie mogłeś mnie znaleźć. - zaczął wychodzić z komisariatu kiedy nagle ryknął z bólu. Obróciłem się by zobaczyć go z nożem w plecach i stojącą nad nim Emmę. A przynajmniej coś przypominającego Emmę - wyglądała okropnie. Patrzyliśmy na siebie tak przez jakąś minutę.
- Nawet nie dasz jakiegoś buzi na podziękowanie? - uśmiechnęła się.
- Czy mogę zapytać, jakim cudem ty kurwa żyjesz? Ostatnim razem spadałaś z któregoś piętra. Z tego co wiem tego się nie da przeżyć.
- Uwierz mi, długa historia - powiedziała ścierając trochę krwi ze swojej twarzy. - Ale z tego co widzę, mamy dużo czasu.




<  wow that was knife-tastic > 

Od Everett'a CD. Emma

   Za oknem, dosyć daleko, szła parada ludzi. To nie była zwykła parada. Nikt normalny nie strzela do wszystkiego, czego się rusza. Kierowali się w stronę centrum miasta. Co to miało znaczyć? Obejrzałem się po pokoju szefa - wszyscy co wydzwaniali zaczęli jeszcze szybciej błagać o pomoc, Emma stała zapatrzona w pochód, szef starał się wydawać polecenia ale skończyło się na tym, że tylko siebie pluł, a Madeleine kierowała się ku wyjściu.
- A ty gdzie? - spytałem się jej.
- Idę to zatrzymać - powiedziała poprawiając włosy. - Byłoby miło, gdyby ktoś mi pomógł.
Stuknąłem Emmę w ramię, popatrzyła na mnie przez chwilę i kiwnęła głową.
- Idziemy.

***

- A więc jaki masz plan? - Spytałem Madeleine kiedy szliśmy w stronę tłumu.
- Stanę na środku drogi i użyję swojego uroku? - odpowiedziała - Nie mam zielonego pojęcia, ale to i tak lepsze niż nic. - Westchnąłem. Chciałbym zawrócić ale byliśmy już zbyt blisko. Miała też rację, trzeba czegoś spróbować, czegokolwiek.
- Wątpię by ludzie z bronią posłuchali się królika playboya z generacji ich pradziadków. - rzuciła Emma.
- Napaleni ludzie z bronią - Madeleine puściła jej oczko po czym wyszła na przeciw tłumu. Zaczęło coś mówić o tym jak strzelanie jest złe i są aresztowani, wymachując tyłkiem i trzepotając rzęsami. Wilkołaków to nie obchodziło i otworzyli w naszym kierunku ogień. Kto by się spodziewał. Madeleine krzyknęła i szybko uciekła alejkami. A więc zostaliśmy my i trzy tysiące wilkołaków. Jak fajnie.
- BIEGNIJ - Emma krzyknęła i pierwsza zaczęła uciekać w boczną uliczkę. Po chwili do niej dołączyłem, jeszcze sekunda zastanowienia i zostałbym rozstrzelany. Obejrzałem się i umarłem w środku. Parę ludzi biegło za nami. Wyciągnąłem pistolet i strzeliłem samoobrona, ale spudłowałem wszystkie strzały oprócz jednego, który trafił jednego z napastników w udo nogę. Wydał ryk bólu i upadł na ziemię, spowolniając resztę za nim. Szczęście było po naszej stronie. ponieważ przed nami jakiś gościu wyszedł na przerwę na papierosa tylnymi drzwiami. Wepchnęliśmy go skąd przyszedł i zamknęliśmy za sobą drzwi.
- O co chodzi, co wy robicie? - spytał się, widocznie przerażony.
- Policja, zabarykaduj drzwi jeśli możesz i po prostu uciekaj. - powiedziałem mu kiedy Emma zaczęła iść na przód sklepu. Byliśmy w jakiejś kawiarence w centrum miasta.
- Myślisz, że ich zgubiliśmy? - spytałem się Emmy kiedy wychodziliśmy z budynku.
- Wątpię, ale na pewno mamy trochę czasu, zanim-- - przerwała spoglądając na jedną z ulic
- O co chodzi? - spojrzałem tam gdzie ona i od razu zrozumiałem. Cała ta procesja szła do centrum. Postrzelali sobie jeszcze w osoby będące obok nich a potem tak po prostu się rozeszli we wszystkie strony. Staliśmy tak w osłupieniu dobry kawał czasu. Miałem zaproponować, żebyśmy powrócili do komisariatu zdać raport ale akurat w naszą stronę biegli Will i Ashley.

Przynajmniej nie wrócimy z pustymi rękoma.


<Dalszą część tej trzymającej w zaparciu historii dowiemy się od Ashley>

   Nasza mała potyczka skończyła się o wiele mniejszymi szkodami niż się spodziewałem. Było nawet dobrze, nie licząc tego, że uciekli. Znowu. Rozejrzałem się ostatni raz po kawiarence. Wybita szyba, wróć, dwie wybite szyby, roztrzaskany stół, krzesło z powyłamywanymi nogami i przestraszona właścicielka. Zostawiłem na jej ladzie papierek z numerem do szefa. Nie odważyłby się zabrać mi tego z wypłaty, co najwyżej Emmie, ale ona nie musi o tym wiedzieć. Wyszedłem do Emmy która siedziała na wywróconym stoliku, który został wyrzucony przez jedną z szyb.
- Zameldowałam już naszemu kochanemu szefowi o wszystkim co się wydarzyło. – powiedziała wstając i spoglądając na stół. – Nie jest aż tak źle. Może jej go wymienią albo coś.
- Wiadomo co się stało z Madeleine? – spojrzałem na telefon. Siedemnasta dwadzieścia sześć. Umarłem trochę w środku widząc tą godzinę. Wujek Google mówi, że po osiemnastej trzydzieści jest zachód słońca i szczerze mówiąc najchętniej zaszyłbym się gdzieś w domu, jakimś bunkrze czy coś.
- Słuch o niej zaginął – w tym momencie jej telefon zaczął dzwonić. Kto inny jak nie nasza kochana przez wszystkich wampirzyca. – Nieważne. – odebrała telefon i po paru „Mhm”,„No, spoko”,”Jasne” się rozłączyła i westchnęła. – Jest gdzieś na drugim krańcu miasta, w jakimś obozie czy coś.
- Jakim obozie? – wzruszyła ramionami.
- Nie mam zielonego pojęcia.

***

   Trochę nam zajęło zanim dojechaliśmy na wskazane przez Madeleine miejsce. Byliśmy zaraz za miastem, dopiero co wjechaliśmy w las gdy zobaczyliśmy furgonetki wojskowe i namioty. Gdzieś za nimi rozbrzmiewał się śmiech.
- W co ona się znowu wplątała. – Emma wysiadła z samochodu i poszła za furgonetkę.
   Źródłem tego wszystkiego było siłowanie się Annabeth z jakimś kapralem. Wszyscy zebrali się wokół i kibicowali kobiecie lub jakiemuś oficerowi, z którym się mierzyła. Annabeth z łatwością przybiła jego rękę do prowizorycznego stolika. 
- A więc, kto następny? – spytała rozglądając się po zgromadzonych, jej wzrok wylądował na nas. – A wy co tu robicie? – wstała od stołu i przyszła do nas. – Chodźcie, zaprowadzę was do Zachary’ego. – przeszliśmy przez obóz, wyglądał trochę jak typowy biwak – na środku było ognisko, wokół którego były porozstawiane namioty, a za nimi były różne pojazdy, w tym furgonetkę™. Weszliśmy do jakiegoś namiotu, gdzie Zachary przyglądał się małemu telewizorkowi umieszczonym na przenośnym stole.
- Znowu się spotykamy? – zaśmiał się.
- Czy was już nie powinno nie być? – zapytałem.
- W związku z ostatnimi.. wydarzeniami.. zostaliśmy wstrzymani i jak widzisz rozbiliśmy obóz tutaj. Nikt nie wie, że tu jesteśmy, więc gdyby ktoś miał przepuścić atak na miasto, będziemy gotowi go odeprzeć.
   Miałem się zapytać, co jednostka SWAT robi w wojsku ale Emma mnie wyprzedziła.
- A to z tą całą paradą, gdzie byliście? – Annabeth i Zachary spojrzeli na siebie.
- O co ci chodzi? – wskazał na krótkofalówkę – Nic nam o tym nie wiadomo. Nikt nas nie poinformował.
- No dobra, a Madeleine? – wyglądali na jeszcze bardziej zdezorientowanych.
- K t o ? – spytali w tym samym czasie.
Dalsze kwestionowanie tego co tu się działo musiało poczekać, bo usłyszeliśmy wycie wilka. Spojrzałem na zegarek. Osiemnasta pięćdziesiąt. Ja i Emma wybiegliśmy na dwór, za nami Zachary i Annabeth.
- Nie ma się czego bać, to tylko jakiś wilk. – powiedział jakiś mężczyzna niosący kawę. 

   Był w błędzie. Do pojedynczego wycia dołączyły się kolejne. I kolejne. Nawet nie zauważyliśmy kiedy jeden z wilków przeskoczył obok nas i wgryzł się w szyję mężczyzny z kawą. Tak samo jak nie zauważyliśmy, że z każdej strony napływała ich cała masa. I też, że ktoś podpalił bazę i wszystko płonęło. F A J N I E.

Od Everett'a CD. Emma ft. Madeleine

Ich przywódca, a przynajmniej tak zgaduje, opuścił broń jako ostatni.
- Odłóżcie gdzieś broń, potem pogadamy. - podszedł do nas jakiś karzeł z koszem na śmieci. Niechętnie wrzuciliśmy tam nasze pistolety, po czym usiedliśmy na kanapie. Po chwili zamaskowany człowiek wrócił z jakimś dokumentem.
- Podpiszecie tutaj, że zobowiązujecie się do utrzymania zawartej za chwilę obietnicy. - powiedział podając nam spięte pięć kartek. Szybko przejrzeliśmy wszystkie strony i nigdzie nie było tekstów napisanych małym druczkiem.
- I znając życie nie dowiemy się co mamy zrobić? - spytałem. Gdyby ktoś był ciekawy - nie otrzymałem odpowiedzi. Spojrzałem na Emmę, która tylko wzruszyła ramionami. Miejmy nadzieje, że w tym momencie nie sprzedajemy naszych dusz Cthulhowi. Podpisaliśmy się i w tym samym momencie kontrakt jakby ożył, wystrzelił w powietrze i spalił się sam z siebie. Chyba sprzedaliśmy nasze dusze Cthulhowi. Zaraz po tym poczułem piekący ból w ręce. Wokół nadgarstka zostały wypalone różne esy floresy, tworzące "bransoletkę". Spojrzałem na rękę Emmy - też miała wypalone znamię, tylko, że jej miało ostrzejsze linie w porównaniu do moich zawijasów.
 - Czy to ma jakieś znaczenie, że mamy różne znaki czy...? - spytała Emma.
- Kto wie? Nie kwestionujemy magii Najwyższego i wy też nie powinniście. - powiedział wzruszając ramionami. - Wracając. Podpisując ten dokument zgodziliście się na ignorowanie naszych... działań w mieście. Po prostu zbiegiem okoliczności będziecie gdzieś indziej, kiedy my będziemy załatwiać swoje sprawy i wszyscy będą zadowoleni. A teraz, co chcieliście od Braterstwa?
- Aurelia Wilkes. - mężczyzna zesztywniał - Nasz kontakt powiedział, że była z wami blisko, czy to prawda?
Mężczyzna na chwilę zamilkł.
- Tak..
- I? - kontynuowała Emma.
- Spotykała się z jednym z naszych braci, ale od tygodnia nie mamy z nią kontaktów.
- Gdzie jest ten "brat?".
- Od tygodnia nie wychodzi z pokoju.
 Mężczyzna zaprowadził nas na górę i zostawił przed pokojem. Emma zapukała.
- Chcemy porozmawiać o Aurelii, możesz wyjść? - brak odpowiedzi. Następną logiczną rzeczą było otworzenie drzwi. To był błąd. Pierwsze co poczułem to zapach krwi, który mnie zmdlił. Na łóżku leżał na oko dwudziestolatek z przeciętymi żyłami.
- Po prostu kocham kiedy tracimy jakiś trop. -  Emma westchnęła podchodząc do zwłok.
- Poczekam na ciebie na zewnątrz. - powiedziałem wychodząc z tego pokoju jak najszybciej. Ten zapach krwi był przytłaczający.

***

- Czyli zabrał sobie życie, bo jego ukochana zniknęła, ta? - powiedziałem parkując przy komisariacie.
- Dokładnie. Zaczynam się czuć jak w jakimś tanim melodramacie. - Emma dopiła swoją kawę i wyszła z samochodu. Zaraz po wejściu do budynku podbiegła do nas Madeleine, przy okazji popychając kogoś na podłogę.
- I jak poszło? - spytała.
- Zabił się zanim zdążyliśmy się czegoś dowiedzieć. - odpowiedziałem.
- Śmierć przez żyletkę.. Ciekawe czy bolało. - zaczęła mówić do siebie.
- Skąd ty to w ogóle wiesz? - Emma spojrzała na nią ciekawsko z poirytowaniem.
- Ja wiem wszystko. Wracając, pamiętacie, jak poszperałem na balu? Okazało się, że był na nim jeden z moich dobrych starych znajomych. Mówił, że dziewczynę widział na aukcji i została sprzedana za miliard. M i l i a r d. Musiała naprawdę mieć branie.
- Mam nadzieję, że wiesz, gdzie teraz jest? - spytałem ją.
- Znam nazwisko jej nabywcy. Dzisiaj w nocy idziemy ją odbić, wyśle wam adres. Ubierzcie się na czarno. - rzuciła i zniknęła w tłumie innych policjantów.

***

   Trafiłem na miejsce ostatni. Byliśmy w lesie za posiadłością jakiegoś włoskiego wilkołaka, dokładniej Zantusa Abbadeliego. Nie rozumiem dlaczego ludzie tak komplikują swoje imiona i nazwiska.
- Plan jest taki - zaczęła Madeleine - Wchodzimy po ścianie na balkon do pokoju gościnnego. Byłam tu wczoraj na zwiadach i pan Zantus nie spodziewa się żadnych gości w najbliższym czasie. Rozdzielimy się i przeszukamy całe piętro. Tylko proszę was, zachowajcie cisze. - Nikt z nas się nie sprzeciwiał. Madeleine wspięła się na drzewo i zaczęła powoli iść po jednej z grubszych gałęzi w stronę okna. W końcu skoczyła i wbiła się przez okno do środka. Chwilę później z balkonu obok wypadła linia, dzięki której mogliśmy się wspiąć do środka.
- Nie mogłaś wejść balkonem tak jak ty planowałaś? - syknęła Emma.
- Tak było ciekawiej. Spokojnie, nie ma tu ochrony ani niczego. Tylko wilkołak i prawdopodobnie dziewczyna.
   Pół godziny później wszyscy spotkaliśmy się przy schodach. Całe piętro było puste, nawet pokój Zantusa. Zeszliśmy na dół i właśnie kiedy usłyszeliśmy coś z piwnicy. Brzmiało to jak... jęki?
- Musiał ją skatować albo coś, szybko! - rzuciła Emma i wszyscy trzej zbiegliśmy do podziemi. Emma staranowała drzwi z całej siły i wszyscy weszliśmy do pokoju przygotowani na jakąś makabryczną scenę mordu. Boże jak bardzo byłem w błędzie. Tego widoku nie zapomnę do końca swoich dni. Aurelia była pochylona i była bita biczem przez Zantusa. Oboje byli nadzy. Oczywiście wszystko ze skóry. Na podłodze walały się różnego rozmiaru dildo, niektóre już użyte. Trafiliśmy do sex dungeonu. Wszyscy zamarliśmy.
- Aurelia Wilkes? - przerwałem ciszę.
- T-tak?
- Twoja matka kazała nam ciebie odnaleźć. - zacząłem do niej podchodzić
- Nienienie, proszę, tylko nie do tego potwora! - Cofnęła się do ściany, w międzyczasie rzucając we mnie dildami, biczami, żelami, wszystkim. Nagle wcisnęła jakiś ukryty przycisk na ścianie, bo za nią otworzyło się tajne przejście.
- Non ci prenderai mai! - krzyknął Zantus i oboje pobiegli w ciemność. Od razu rzuciliśmy się za nimi. Po parunastu skrętach trafiliśmy przed dworem. Odjeżdżali już w swoim BMW, więc Emma i ja wsiedliśmy do radiowozu zaparkowanego za drzewem paręnaście metrów dalej. W środku nocy to miasto trochę zamiera, więc ze spokojem kochankowie rozwijali prędkości przekraczające limit.
- ZATRZYMAJCIE SIĘ TERAZ! - krzyknąłem w megafon.
- Wiesz, wątpię, żeby ciebie posłuchali! - Emma mocno skręciła w prawo. - Kierują się na jedną z najniebezpieczniejszych dróg w całym Riverside, przygotuj się! - powiedziała przyśpieszając jeszcze bardziej. Spojrzałem do tyłu i zobaczyłem cały rząd radiowozów pędzących na drugą stronę drogi, żeby ich odciąć. Najwidoczniej Madeleine poinformowała centralę o tym wszystkim. Miło.
   Byliśmy już dawno poza miastem, jechaliśmy po górze, jeden zły ruch i wątpię byśmy wyszli cało z upadku z ponad stu metrów w ciemną przepaść.  Auto przed nami nagle się zatrzymało, mało brakowało a byśmy w nich wjechali. Wychyliłem głowę i ujrzałem, jaki był powód ich stop'u - Madeleine i reszta w końcu się zjawili. Zantus i Aurelia wybiegli i stanęli przy krawędzi.
- JESTEŚMY GŁĘBOKO W SOBIE ZAKOCHANI! - krzyknął wilkołak, a wszyscy podeszli bliżej.
- Tak! - potwierdziła Aurelia.
- JEŻELI STĄD NIE PÓJDZIECIE, SKOCZYMY! MIŁOŚĆ NIE ZNA GRANIC! - niektórzy się zatrzymali, ale większość dalej podchodziła.
- Ta-- chwila, co? - Aurelia zbladła.
-Ci vediamo all'inferno! - krzyknął Zalus zeskakując z klifu i ciągnąc ze sobą krzyczącą w niebogłosy dziewczynę. Po chwili dało się usłyszeć cichy trzask i nastała cisza.
- Co tu się odjebało? - spytała Emma.

Chciałem jej odpowiedzieć, ale nawet nie poczułem jak upadam i odpływam do Valhalii. Usłyszałem tylko stłumione krzyki zanim straciłem do końca przytomność.

<well they dead oops>
^