Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emma i Everett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emma i Everett. Pokaż wszystkie posty

Od Emmy CD Everett, i lived btch

    Poprawiłam swoje przypalone, poszarpane ubranie, jakby to miało teraz jakieś znaczenie. Nie miałam na tą chwilę siły myśleć. Chciałam tylko odetchnąć. Chociaż raz w ciągu tego dnia.
- Wiesz, nie tylko ty się martwiłeś - przywaliłam mu w głowę prawą ręką, czyli jedyną która na ten moment nadawała się to użytku. Dobrze, że przynajmniej jestem praworęczna. Everett rzucił tylko krótkim auć, ale nic więcej nie powiedział, jedynie zasłonił się ręką, gdybym chciała mu jeszcze raz przywalić. Nastąpiła kolejna chwila ciszy.
- Ja nie spadłem na samochód--
- A skąd miałam wiedzieć?! - podniosłam głos, po czym nerwowo się zaśmiałam. - Kiedy się obudziłam nie było Aideen, nie było ciebie, nie było nic. Nie wiedziałam ile czasu minęło! Zastałam tylko ślady krwi na dachu, które wyglądały jakby ktoś ciągnął po nim zwłoki - przerwałam na chwilę, żeby złapać oddech. Moje żebra chyba trochę uszkodziły mi płuca, a przynajmniej tak się teraz czułam. - Czy w ogóle wróciłeś, żeby sprawdzić?
- No chyba sobie żartujesz ze mnie - jego głos zabrzmiał jakby czuł się urażony. - Bywam wredny ale nie jestem potworem.
    Pokiwałam głową i usiadłam bezradnie na ziemi. Przejechałam dłonią po włosach, które były sklejone krwią. Przyjrzałam się sobie dokładnie. Duży odłamek szkła nadal wystawał z mojego lewego ramienia. Cała byłam we krwi i kurzu. Nie wiem, jakie są wymagania na najgorszy dzień życia, ale ten dzień zdecydowanie znajduje się na liście obiecujących kandydatów.
- Przepraszam, po prostu... Może po prostu powiem ci, co się stało. Zanim rzuci się na nas kolejny pojeb z nożem.
***
    Piszczenie w uszach. Pierwsza rzecz, inna niż ciemność i zimno, którą poczułam po obudzeniu się. Może poczułam to złe słowo, bo o ile mogłam delikatnie otworzyć oczy, nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Nie mogłam się ruszyć, ciężko było mi myśleć. Zaczęłam panikować, zarówno ja, jak i moje ciało, było w szoku.
Gdzie jestem?
Żyje?
Ile czasu minęło?
Co się stało?
Gdzie są wszyscy?
    Kiedy tylko odzyskałam chociaż część kontroli nad moim ciałem, od razu spróbowałam się podnieść. Mój pierwszy, wielki błąd. Poczułam jak fala bólu uderzyła każdy nerw w moim ciele. Nie wiem, jakim cudem powstrzymałam się od krzyku. Może to znajdująca się gdzieś w głębi mojego umysłu świadomość, że jeśli zwrócę na siebie uwagę, długo nie nacieszę się tym, że jakimś cudem przeżyłam.
    Więc czekałam.
    Cierpliwie czekałam, aż fakt, że jestem nadistotą, chociaż raz w życiu się do czegoś przyda. Nie każdą ranę nadistota jest w stanie zagoić, ale mimo wszystko niezwykle szybka regeneracja przydaje się w takich chwilach. Niezależnie od tego, jak niewiele osób kiedykolwiek znajduje się w takich sytuacjach.
    W końcu, po czasie który wydawał się nieskończonością, poczułam jak ból delikatnie ustępuje. Nigdy nie zniknął w całości, ale przynajmniej nie czułam się jakby każda komórka w moim ciele urządzała sobie imprezę w kwasie. Mogłam się w końcu rozejrzeć nie bojąc się, że stracę przytomność kiedy obrócę głowę.
    Ulica była pusta. Poza wyciem wilkołaków w oddali, nie było nic słychać w pobliżu. Spojrzałam na dach, z którego spadłam. Próbowałam policzyć piętra, ale ból głowy nadal nie chciał ustąpić i nie mogłam się skupić nawet na tyle, żeby zobaczyć ile okien minęłam, kiedy sobie tak leciałam w dół. Zaprzestałam więc próbowania i zamiast tego spojrzałam na samochód. Nie znajdował się w lepszym stanie niż ja, dach i część maski była okropnie wgnieciona, a przednia szyba rozbita. Spojrzałam w kierunku bagażnika, i wtedy zdałam sobie sprawę z prawdopodobnego powodu, dzięki któremu przeżyłam.
    Moja lewa ręka prawie nie przypominała kończyny. Była złamana w tylu miejscach, że wydawało mi się, że widzę więcej kości niż skóry. Oczywiście, miała w sobie też dużo odłamków szkła. Taki tam bonus.
    Bezmyślnie dotknęłam jej w kilku miejscach. Nic. Nie czułam nic. Niepewnie sięgnęłam po wystającą ze skóry kość, albo to co z niej zostało. Na początku próbowałam to robić delikatnie, ale koniec końców po prostu wepchnęłam ją do pozycji, która wydawała mi się w miarę naturalna. Wciąż nic, żadnego bólu, żadnego jakiegokolwiek uczucia. W głębi duszy wiedziałam, co to prawdopodobnie znaczy. Po prostu miałam to w tamtym momencie gdzieś. Zeszłam z samochodu. Całe racjonalne myślenie w mojej głowie zostało zastąpione jednym słowem.
Przeżyj.
***
- Wtedy weszłam na górę, ciebie nie było, Aideen nie było, tej trzeciej też nie było. Zakładam, że to jej ciało ktoś przeciągnął po dachu?
    Everett pokiwał głową.
- Zastrzeliłem ją zanim ona miała szansę mnie zastrzelić.
    W ciągu mojej opowieści zdążyliśmy się przenieść gdzieś dalej, żebyśmy nie musieli siedzieć nad zwłokami jakiegoś maga. Teraz siedzieliśmy opierając się o drzwi jakiegoś biura. Oboje tępo wpatrywaliśmy się w ścianę przed nami, nie wiedząc w jaki sposób poradzić sobie z tą sytuacją. Nie miałam pojęcia co mogłabym jeszcze powiedzieć, podejrzewam że Everett też nie. O czym się rozmawia w takich chwilach? O pogodzie?
    Chłopak odchrząknął, przerywając niezręczną ciszę.
- Skąd wiedziałaś gdzie jesteśmy? - zapytał. Pokręciłam powoli głową i uderzyłam nią lekko w drzwi, zamykając oczy.
- Nie wiedziałam. To było jedyne miejsce, gdzie powiedzmy, że miałam czego szukać. Pójście do domu nie brzmiało w tamtym momencie jak jakiś specjalnie dobry wybór, chociaż kusiło mnie, żeby po prostu nalać sobie byle jakiego alkoholu do szklanki, albo może lepiej do wiadra, i patrzeć z wygodnego fotela jak miasto płonie.
- To czemu tego nie zrobiłaś? - otworzyłam oczy, kiedy usłyszałam to pytanie. Wyprostowałam głowę i spojrzałam na Everetta, który patrzył na mnie pytająco, oczekując na odpowiedź. Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnowałam i zamiast tego westchnęłam, zastanawiając się jak się wytłumaczyć. Przetarłam oczy palcami i aż się cicho zaśmiałam. Może z nerwów.
- No nie wiem, może zdałam sobie sprawę z tego, że jeśli miasto spłonie to ja spłonę razem z nim. Nie żebym i tak mogła coś na to poradzić - skinęłam głową w stronę mojej lewej ręki. Na szczęście czas, w którym miałam wrażenie, że zemdleję z bólu, przeminął już dawno temu. - Może przynajmniej ty się przydałeś na więcej niż ja.
- Pragnę ci przypomnieć, że uratowałaś mi życie kilka razy dzisiaj. Chociaż tego maga mogłaś oszczędzić, chyba chciał tylko się stąd zmyć, zanim znajdzie go ktoś gorszy ode mnie - wzruszyłam na to ramionami. To jak ta praca robi nas znieczulonych na śmierć czasem mnie martwiło, ale z drugiej strony gdybyśmy mieli się przejmować każdym, kto próbuje nas zastrzelić, nie wytrzymalibyśmy tygodnia. Kochane Riverside.
    Przez moment myślałam, że czeka nas kolejna długa chwila ciszy, ale Everett szybko ją przerwał.
- Ja to bym usiadł na fotelu i patrzył jak miasto płonie.
    Uniosłam brew, czekając na jakieś rozwinięcie.
- Po całym tym dniu alkohol to chyba pierwsza i jedyna rzecz, jakiej potrzebuję. Annabeth i Zachary odwaliliby ich robotę, zamiast ciągać nas za sobą, a ja rozsiadłbym się w fotelu i położył stópki na dywanie z futra niedźwiedzia polarnego.
    Zmarszczyłam brwi. Miałam wrażenie, że gdzieś to już słyszałam. Everett posłał mi nieco rozbawione spojrzenie.
- Gdybym go miał. Bo wiesz, to ten, na który mi się zrzygałaś. Nadal wisisz mi za niego pieniądze.
    Moje usta mimowolnie wygięły się w uśmiechu. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, w absolutnej ciszy, aż nie wytrzymaliśmy i oboje parsknęliśmy śmiechem.

***
Miesiąc później
Tak, miesiąc.
Nie będę opisywać fascynującej historii o tym, jak grupa Grażynek sprzątała ulice miasta.
Jeśli ktoś nie może bez tego żyć to odsyłam do Adriana ;)

    Skinęłam głową z uśmiechem, dziękując miłej kasjerce za kawę, i wzięłam kubek w dłoń, w której i tak już trzymałam teczkę z dokumentami. Ruszyłam w stronę wyjścia i popchnęłam drzwi ramieniem, wychodząc na ulicę. Zmrużyłam oczy, przyzwyczajając się do słońca i rozejrzałam, ruszając powoli w kierunku budynku, przed którym miałam się z kimś zaraz spotkać.
    W życiu bym nie zgadła, że przez Riverside jeszcze niedawno praktycznie przeszła apokalipsa.
    Samo powstanie nie trwało długo, po tym kiedy przyjechała pomoc z bazy wojskowej rozgonienie wilkołaków było kwestią kilkunastu godzin. Z czyszczeniem ulic i naprawą zniszczeń było gorzej. W mieście nadal trwa mnóstwo remontów, sporo małych biznesów zbankrutowało. Dla tych, którym udało się podnieść, życie toczyło się dalej.
    Aideen dostała, czego chciała. Większość ludzi na jakkolwiek ważnych pozycjach w tym mieście skończyło z rozszarpanym gardłem. Wielu z nich zastąpiły nadistoty. Jeszcze niedawno można było pomyśleć, że to dobrze, w końcu wszyscy będą równo traktowani. Niestety nie żyjemy w świecie idealnym, żyjemy w Riverside, które oficjalnie przestało podlegać prawu panującemu w USA. Mogłabym udawać, że właściwie kiedykolwiek podlegało, ale teraz to oficjalne. Nie przyznają się do nas.
    No więc czemu właściwie podlega? Mam wrażenie, że ci co są teraz u władzy sami chcieliby wiedzieć. Wszystko ustala jakaś rada, nikt nie wie co to jest i z kogo się składa tak nawiasem mówiąc, ale z tego co dla odmiany wiemy, jest podzielona i jedni próbują zaprowadzić jakikolwiek porządek w mieście, a drudzy chcą po prostu dać nadistotom co się da i nie zostawić dla ludzi nic, żeby musieli się wynieść. Czego ja się spodziewałam?
    Ciężko komuś takiemu jak ja się właściwie wypowiadać o tym wszystkim, w końcu jestem po tej stronie, która nie ważne co się stanie i tak na tym skorzysta. W końcu jestem nadistotą, teraz to my jesteśmy górą, mamy wszystko, czego chcieliśmy. Łatwo tak wszystkich generalizować, kiedy słyszę słowo "nadistota", czuję jak coś mi się w środku przewraca. Robić z siebie ofiarę, która została tak paskudnie wykorzystana przez złą panią w niebieskich włosach, i w ogóle to nie miała z tym nic wspólnego to jedno, ale korzystanie na tej całej, chujowej dla wszystkich sytuacji, bo mogę, to zupełnie inna sprawa. Mogłam teraz równie dobrze mówić o sobie, jak i o tych debilach, którzy podejmują teraz decyzje za wszystkich, bo mogą. Pozostawię to do interpretacji własnej.
    W końcu znalazłam się przed kliniką. Do godziny, na którą byłam umówiona, zostało mi jeszcze czternaście minut. Postanowiłam usiąść sobie wygodnie w środku i zaczekać, zarówno na umówioną godzinę jak i na osobę, z którą miałam się spotkać, więc podeszłam do drzwi. Zobaczyłam napis ciągnąć, więc uniosłam rękę, w której nic nie trzymałam, i...
    No tak.
    Nie miałam już ręki.
    Jedną z pierwszych rzeczy, jakie usłyszałam po koszmarze, jakim było to powstanie, było: ręka jest zbyt poważnie uszkodzona, i że nic nie możemy zrobić. Nie żeby mnie to dziwiło oczywiście, sama nastawiałam sobie wszystkie te zmiażdżone kości, widziałam w jakim była stanie. Można kłócić się, że jestem głupia, ale nie jestem naiwna. Zaproponowali mi protezę, technologia już dawno poszła na tyle daleko, że nie dość, że można się takimi posługiwać jakby były prawdziwe, to jeszcze wyglądają zupełnie jakby były prawdziwe. Podobno sama nie zauważę różnicy.
    Podobno. Do tej pory ją zauważałam. We wszystkim co robię, każdego dnia. I mogę udawać, ile chcę, ale mam ochotę się rozpłakać za każdym razem, kiedy nie jestem w stanie zrobić jakiejkolwiek, banalnej do tej pory czynności.
    Westchnęłam ciężko i zaczęłam siłować się z drzwiami, próbując jakoś nacisnąć na klamkę łokciem i je otworzyć. Po chwili starań ktoś stanął za mną, sięgnął do klamki i zakończył mój trud. Obróciłam się, żeby zobaczyć kto dzisiaj został moim bohaterem, i spotkałam się ze znajomym uśmiechem. I znajomym shake'iem z McDonalda.
- Na czas to za późno, nie?

***

- To żart, tak? Taki nieśmieszny. Taki moment, kiedy wszyscy się śmiejemy i mówi mi pan prawdziwą cenę.
    Lekarz podrapał się niezręcznie po karku i westchnął. Rozłożył ręce i położył dłonie na kolana.
- Nie wiem co pani powiedzieć, pani Blackwell. Mamy bardzo mało personelu, nie ma nikogo na miejscu, kto może przeprowadzić taki zabieg, więc musielibyśmy kogoś ściągać z innego miasta. Sama proteza, a przynajmniej taka, jaka panią interesuje, też nie jest tania - podniósł na mnie wzrok. Miał współczującą minę, ale pod tym wszystkim miałam wrażenie, że podświadomie słyszę słowa nie ma nic, co mogę zrobić. - Zapytała pani ile to kosztuje, więc pani powiedziałem.
- A gdyby pojechała do innego miasta? Nie trzeba wtedy nikogo ściągać - wtrącił się Everett, który do tej pory w ciszy przysłuchiwał się rozmowie, opierając się o ścianę. Zaczął rozmawiać z lekarzem, ale przestałam rozróżniać i słyszeć słowa. Patrzyłam tylko na niego, kompletnie odcięta od rzeczywistości.
    Wiedziałam, że to wszystko trochę będzie kosztować, ale teraz zdecydowanie pożałowałam, że nie postanowiłam dowiedzieć się o tym wcześniej. Może udałoby mi się coś wymyślić. Jakieś wyjście, jakiekolwiek.
    Nie miałam nawet zbliżonej sumy pieniędzy do tej, którą potrzebowałam. Ostatni miesiąc spędziliśmy bez pracy, dopiero dzisiaj mieliśmy wrócić, więc jechałam na samych oszczędnościach, a operacje i sama w sobie opieka medyczna kosztowały dwa razy więcej niż zazwyczaj. Nawet gdybym miała czekać na wypłatę, to kolejny miesiąc spędzony jak bez ręki. Do tego duża część tego, co zarabiam, idzie na rachunki. Dom jest w pełni opłacony od dawna, ale woda, prąd-
    No przecież. To jakieś wyjście.
- Mogłabym sprzedać dom - wcięłam się Everettowi w środek jakiegoś zdania. Zarówno on jak i lekarz zamilkli i spojrzeli na mnie. - Jest trochę duży jak na jedną osobę, nie potrzebuje remontu no i bogate nadistoty teraz szukają takich. Szybko bym znalazła kogoś, kto by go kupił.
    Zamilkłam na chwilę, dając sobie moment na przemyślenie tego.
- To co bym za niego dostała pokryłoby cały koszt, nawet trochę by mi zostało - wzruszyłam ramionami. - Znalazłabym jakieś mieszkanie w centrum, coś za coś.

<kurwa który mamy rok>

Od Everett'a CD RIP Emma

   Wszystko się stało szybko - nie zauważyłem nawet kiedy zastrzeliłem wampirzycę, która za bardzo się skupiła na oglądaniu tego chorego przedstawienia. Niestety nie było czasu na użalanie się nad Emmą kiedy Aideen zaczęła uciekać dachami. Ona by się nie użalała. Przeskoczyłem na kolejny dach i rozpocząłem pościg. Aideen nie była zła w te klocki pewnie brała lekcje od Ashley i Willa - co chwilę zmieniała kierunek, starając się sprzedać kulkę w łeb. Na szczęście dwóch moze się tak bawić. Nie wiem ile czasu tak spędziliśmy biegając. Wiem tylko, że kiedy zbiegaliśmy po schodach na ulicę ktoś wystrzelił do Aideen, chyba z karabinu snajperskiego, bo siła od kontaktu z kulą była na tyle silna, by powalić ją na ziemię co przetoczyła się na drogę. Próbowała się podnieść kiedy w końcu zszedłem na chodnik.
-Jesteś aresztowana za zdradę stanu, jebana terrorystko. - Aideen zaczęła się śmiać i wstała. Połowa jej polika gdzieś zniknęła, a druga część bezwładnie latała przez wiatr. Kolejne zdjęcie, które będę chciał wymazać z mojej pamięci.
-Rozejrzyj się - podniosła swoje obite ramiona - nadistoty przeżywają zmartwychkurwawstanie. - w oddali słychać było wystrzały i silniki samolotów - To JA piszę nową historię gdzie MY będziemy górować. - wyciągnęła z tylnej kieszeni pistolet ile ona ich ma.- I nic - wymierzyła we mnie - mnie nie - uśmiechnęła się szyderczo - zatrzym---
   W Aideen wjechał jeep, który od razu zaczął driftowac i zatrzymał się przy mnie. Aideen przekoziolkowała w powietrzu parę razy zanim wylądowała głową na asfalcie z odrażającym trzaskiem. Drzwi jeepa otworzyły się z rozmachem i wyszli na zewnątrz Zachary i Annabeth.
-Trafiłam? Miałam brudną szybę. - spojrzała na zwłoki. -Czyli trafiłam.
   Teraz, gdy adrenalina zaczęła znikać, przypomniało mi się o czymś. A dokładniej o kimś.
Emma.


***

   Staliśmy przed wrakiem płonącego samochodu, na który spadła Emma. Ciała już nie było, pewnie jakiś wilk postanowił zjeść kolację albo coś. Przynajmniej tak można było ją pochować, jeżeli to w ogóle było dobre słowo. Ostatni odszedłem od auta.
- To co teraz? - spytałem. - Jaka jest sytuacja gdziekolwiek indziej? - Zachary i Annabeth spojrzeli na siebie.
- Nie mamy z  nikim kontaktu. - odezwała się kobieta - Podczas napadu na nasz obóz straciliśmy jedyny sposób komunikacji. - widząc moją minę kontynuowała - Można to nazwać kartą dostępu na kanał wojska, tak skrótowo. - wzruszyła ramionami.
- No wiesz, jeszcze jes-- - zaczął Zachary.
- To jest bardzo idiotyczny pomysł, nawet jak na ciebie. - odpowiedziała mu blondynka.
- Jaki? - spojrzałem na swojego brata.
Zatrzymał się na chwilę, jakby myśląc, czy warto to mówić.
- Można by też spróbować shackować jakąś antenę satelitarną. - powiedział.
- Czyli tłumacząc na nasz język, pan hackerman chce się popisać swoimi umiejętnościami. Ja tylko dodam, że to jest misja samobójcza, bo potrzebna do tego antena jest w centrum miasta. - Annabeth dodała.
- A kto jeszcze żyje z tej waszej grupy?
- Nie widać?
   Dramatycznie westchnąłem. To będzie długa noc.


***

   Dostanie się do centrum nie sprawiło większego problemu. Musieliśmy spacyfikować tylko trzech wilkołaków. Reszta nadistot pewnie siedziała gdzieś pod komisariatem lub ratuszem. Ciekawe co u mojego szefa. Drzwi były otwarte, pewnie w panice pracownicy zapomnieli ich zamknąć. Po cichu weszliśmy do budynku i udaliśmy się po schodach do góry. W końcu trafiliśmy przed drzwi z napisem SEKCJA IT. W środku stał komputer pewnie starszy od nas wszystkich. Zachary usiadł na krześle i zaczął klikać w klawiaturę.
- Tylko nie mów, że teraz będziemy odpierać jakieś trzy tysiące fal - powiedziała Annabeth spoglądając przez okno. Zachary się zaśmiał pod nosem.
- Otóż nie tym razem, droga pani.
- Nie tym razem? - spojrzałem na nich.
- Długa historia.
   Liczyłem z Annabeth wilkołaki biegające po ulicach, kiedy Zachary wstał i przeciągnął się.
- Tutaj wszystko zrobione. - wskazał na komputer.
- I?
- Przysyłają posiłki. Przy okazji wydali rozporządzenie o kwarantannie.
- Kwarantanna? - Annabeth podeszła do komputera i zaczęła czytać wiadomości. - Po co?
- Pewnie przez wszystkie wydarzenia, które się tutaj odbyły. Coś czuję, że nadciąga Ragnarok na to miasto.
- Piszą, że w Los Angeles i innych miastach nadistoty zaczęły się gromadzić na ulicach jako protest. To tylko kwestia czasu zanim kolejna Aideen się znajdzie i to wykorzysta. - kobieta westchnęła. - Co teraz? - podparła się o biurko.
- Można zobaczyć co się dzieje u naszych w komisariacie.

***

   Było pusto. Nikogo nie było na zewnątrz. Przez szyby też nikogo nie widziałem. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, po czym wszyscy podeszliśmy do drzwi wejściowych. Gdzieniegdzie leżały ciała oficerów i innych policjantów. Czysta rzeź.  Dotknąłem poręczy od drzwi. Coś mi mówiło, że to pułapka ale jeżeli dali nam tu podejść to znaczy, że albo nas nie widzieli, albo czekają aż wejdziemy. Pewnie to drugie. Wziąłem głęboki wdech i popchnąłem drzwi.
   Niewidoczna wcześniej runa umieszczona na drzwiach rozproszyła się na tysiąc elementów, po czym rozniosła się po całym komisariacie wydając przy tym bardzo cichy dźwięk, jakby ktoś bawił się kluczami. Magiczny alarm bezpieczeństwa? Niestety - tak. Zaraz po naszym wejściu ktoś z wyższego piętra cisnął w naszą stronę kulę ognia. Odskoczyliśmy w porę, ale w nasze miejsce jarzył się niebieski płomień. Pewnie bylibyśmy teraz grzankami gdybyśmy się nie ruszyli. Oddałem w stronę napastnika parę strzałów z mojego pistoletu, ale ten skrył się w pokoju obok.
- Lepiej się rozdzielić, mniejsza szansa, że kogoś z nas trafi. - powiedziałem idąc w stronę schodów. Nawet nie zdążyłem wejść na pierwszy stopień, kiedy zmyła mnie z nich fala wody, która zmaterializowała się znikąd. Serio, jak bardzo  zaminowane jest to miejsce? Rozejrzałem się w okół, ale Annabeth i Zachary już się rozeszli. A może tamten mag nie jest jedyny? Cały mokry, wszedłem po schodach i spojrzałem na korytarz. Pusto. Wejrzałem do pokoju, gdzie skrył się mężczyzna. Też pusto. Poczułem nagle rękę na plecach.
- Jeden ruch a spalę ciebie żywcem - syknął. - Teraz dasz mi wyjść, rozumiesz? - powoli kiwnąłem głową. Prowadził mnie przodem do wyjścia.
- Obróć się - powiedział wyciągając z mojej ręki pistolet. - Ja wyjdę, a ty im powiesz, że nie mogłeś mnie znaleźć. - zaczął wychodzić z komisariatu kiedy nagle ryknął z bólu. Obróciłem się by zobaczyć go z nożem w plecach i stojącą nad nim Emmę. A przynajmniej coś przypominającego Emmę - wyglądała okropnie. Patrzyliśmy na siebie tak przez jakąś minutę.
- Nawet nie dasz jakiegoś buzi na podziękowanie? - uśmiechnęła się.
- Czy mogę zapytać, jakim cudem ty kurwa żyjesz? Ostatnim razem spadałaś z któregoś piętra. Z tego co wiem tego się nie da przeżyć.
- Uwierz mi, długa historia - powiedziała ścierając trochę krwi ze swojej twarzy. - Ale z tego co widzę, mamy dużo czasu.




<  wow that was knife-tastic > 

Od Emmy CD. Everett

   Annabeth rzuciła się facetowi od kawy na pomoc, łapiąc pysk wilka i siłą otwierając jego paszczę. Nie wiedziałam, co bardziej mnie zdziwiło: fakt, że kobieta nie będąca nadistotą ma tyle siły, czy może to, że zrobiła to bez żadnego zawahania, jakby robiła to codziennie. Może robi, nie wiem.
   Zdjęłam oba pistolety z paska i je odbezpieczyłam. Przeniosłam wzrok na Everetta, któremu Zachary rzucił właśnie karabin.
- Gotowy? - zaśmiałam się nerwowo.
- Czy na coś takiego w ogóle można być gotowym?
   Bardzo dobre pytanie.


***

   Fala, która nadeszła jako pierwsza, przyniosła najwięcej strat. Ludzie dopiero biegali po obozie, niektórzy szukali broni, inni próbowali gasić ogień, jednocześnie uciekając przed wilkołakami. Kilka ciał już leżało na ziemi, niektóre rozszarpane na tyle, że ciężko było je rozpoznać. Parę wilków również już padło.
   Można uznać, że szło nam dobrze. Jeszcze nie zginęliśmy, co zupełnie mi wystarczy. Ciężko jednak jednocześnie pomagać z gaszeniem ognia, strzelać do wciąż przybiegających wilkołaków, i zarazem próbować nie zapomnieć o nie używaniu drugiej formy, która bardzo by się teraz przydała. Nie mam jednak zamiaru powtarzać mojej przygody z parkingu przed stadionem.
   Strzeliłam wilkołakowi goniącego jakiegoś żołnierza w brzuch. Upadł na ziemię z piskiem i spróbował się podnieść, ale ktoś inny już zdążył go dobić. Chciałam wziąć krok do tyłu, ale natrafiłam nogą na płonącą trawę. Niemal podskoczyłam, klnąc pod nosem i kopnęłam wiadro z wodą, które wcześniej ze sobą tu wzięłam.
   Everett zaśmiał się, wymieniając magazynek.
- Miałaś zamiar coś zrobić kiedyś z tym wiadrem, czy czekałaś na taką sytuację?
- Chciałam, ale jak widzisz ognia już prawie nie ma. Nie sądziłam, że będzie mnie śledził, aż wypełni swoją misję i mnie poparzy.
   Miałam zamiar podnieść wspomniane wcześniej wiadro, ale w tym samym momencie usłyszałam za sobą warczenie. Wilkołak skoczył na mnie i powalił mnie na ziemię. Spróbował wgryźć mi się w szyję, ale udało mi się go przytrzymać z daleka od siebie. Zza pleców wilka świecił na nas księżyc, który na sekundę przykuł moją uwagę.
   Z mojego gardła wyrwało się warczenie, prawie wybijając się ponad warczenie wściekłego wilkołaka przytrzymującego mnie przy ziemi.
- Emma, nie! - Everett strzelił wilkołakowi w głowę. Bestia przewaliła się na bok, chłopak wyciągnął rękę w moją stronę i pomógł mi wstać. - Nie mam zamiaru znowu użerać się z tobą desperacko próbującą poderwać Aideen.
   Podrapałam się po karku i głupio wyszczerzyłam.
- Zapomniałam.
   Zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek innego, przerwał mi krzyk Annabeth.
- Wycofują się w stronę miasta!

***

   Większość ludzi już dawno zamknęła się w swoich domach albo uciekła. Jeśli nie przeraziły ich wilkołaki i ich nieustanne wycie, to na pewno przekonani zostali przez ciała leżące tak po prostu na ulicy. Niektóre były w połowie zjedzone. Fantastyczny widok.
   Jeszcze lepszym widokiem były jednak liczne doniesienia o tym, że widziano Aideen gdzieś w centrum. Ostatnie doniesienie zawierało zdjęcie, na którym stoi na dachu jakiegoś budynku. Nie obchodzi mnie czym mi zagrozi, tym razem nie pozwolę jej odejść.
- Myślisz, że to pułapka? - zapytał Everett, kiedy wchodziliśmy po schodach na dach. Dotknęłam miejsca na pasku, gdzie normalnie miałabym pistolet. Niestety, gdzieś go zgubiłam kiedy mało nas nie rozerwali na strzępy.
- Może - chłopak popatrzył na mnie, jakby miał wątpliwości, czy nadal chce tam wchodzić. - Bez ryzyka nie ma zabawy?
- Bycie rozstrzelanym albo zadźganym to nie mój ulubiony rodzaj zabawy.
   Stłumiłam śmiech, nie wiedząc jak bardzo będzie mnie słychać na wyższych piętrach. Zbliżaliśmy się do dachu.
- Ale nie masz zamiar się teraz wycofywać?
- Oczywiście, że nie.
   Popchnęłam metalowe drzwi, otwierając je tak cicho, jak tylko mogłam. Oczywiście, nie udało mi się to nawet w połowie tak dobrze jak chciałam, żeby się udało.
- Długo wam zeszło - Aideen siedziała na krześle przy jednym ze stolików ustawionych tutaj. Wszystkie wyglądały na stare i nieużywane przez nikogo od lat.
- Aideen Byrne jesteś--
- Aresztowana, mam prawo zachować milczenie, cokolwiek powiem może być, i zostanie, użyte przeciw mnie w sądzie. Widzisz jak nisko upadłaś, Emma?
   Uniosłam brwi, patrząc raz na nią, raz na Everetta, który celował do niej z pistoletu. Przynajmniej on go jeszcze ma, gdybyśmy przyszli tu bez broni mogłoby być ciężko.
- O co ci chodzi tym razem?
   Dziewczyna wstała i oparła się jedną ręką o stół.
- Widziałaś czego dokonaliśmy? Zdobyliśmy to miasto. Dowiodłam, że nadistoty są warte tyle, co ludzie. A może i więcej.
- I co, chcesz ciasteczko? - prychnęłam. Zaśmiała się cicho w odpowiedzi.
- Dlaczego stoisz po ich stronie? Zdradzasz swoją rasę całe życie, mogłabyś osiągnąć o wiele, wiele więcej gdybyś nie stała po złej stronie. Zrobiłaś tyle dla ludzi, a co oni zrobili dla ciebie?
   No właśnie. Co ludzie właściwie dla mnie zrobili?
   Uratowałam człowiekowi życie, zdemaskowałam a potem aresztowałam seryjnego mordercę, od lat wsadziłam mnóstwo zarówno zasługujących na to ludzi jak i nadistot za kraty. Co dostałam za moje zasługi?
   Dziesięć lat więzienia, średnią pracę?
- Do czego zmierzasz?
- Emma, nie mów mi, że masz zamiar teraz-- - odezwał się w końcu Everett, ale Aideen mu przerwała.
- Emma może decydować za siebie, nie potrzebuje ludzi, którzy zrobią to za nią. Mogę ci dać wszystko, czego chcesz - standardowa część każdego monologu, mogłam się tego spodziewać. - Razem możemy zbudować idealne społeczeństwo tych czasów. Wystarczy, że do mnie dołączysz.
   Spojrzałam na Everetta. Skrzywiłam się lekko, po czym wzruszyłam ramionami.
- To nic osobistego, naprawdę.
   Zanim zdążył zareagować wyrwałam mu broń. Spróbował ją odzyskać, ale odepchnęłam go na bezpieczną odległość i w niego wycelowałam. Podniósł ręce i zaśmiał się.
- Poważnie? Tak to się skończy?
- Najwyraźniej tak się to musi skończyć. Takie już jest życie.
   Kiedy już byłam pewna, że Aideen to kupiła, szybko zmieniłam cel. Plan był dobry. Wykonanie gorsze.
   Jednak nie z mojej winy, bo kto inny zeskoczył mi na plecy, przewalając do przodu, przez co nie trafiłam ani w Aideen, ani w ogóle w nic. Broń upadła na ziemię i przejechał gdzieś dalej od nas. Zanim zdążyłam się choćby odwrócić, usłyszałam jak ktoś komuś przywalił, po czym Everett upadł na ziemię obok mnie.
   Korzystając z chwili, że nikt nie zwraca na mnie większej uwagi, szybko podniosłam się i pobiegłam w stronę dziewczyny. Była na to jednak przygotowana, ponieważ kopnęła mi krzesło pod same nogi, nie dając wystarczająco czasu na to, żebym je ominęła. Upadłam do przodu, uderzając przy okazji głową w ziemię. Na moment miałam problem z odzyskaniem kontaktu ze światem.
- To nie był dobry wybór - usłyszałam nad sobą. Złapałam Aideen za kostkę i przewróciłam. Przycisnęłam ją do ziemi swoim ciężarem i złapałam za gardło.
   Moją uwagę odwrócił krzyk Everetta. Zwolniłam uścisk, gotowa pobiec chłopakowi z pomocą. Zauważyłam leżący zaraz obok nas nóż, chyba należący do Aideen. Sięgnęłam po niego schodząc z dziewczyny i wstając.
   Ledwo zdążyłam się jednak podnieść. Aideen wstała razem ze mną, pociągnęła mnie za włosy i tym razem to ona złapała mnie za gardło. Podniosła mnie z ziemi i odwróciła nas tak, że stałam na samej krawędzi dachu, plecami do ziemi. Przyłożyłam jej nóż do gardła, zabezpieczając się od scenariusza, w którym zrzuca mnie na ziemię.
   Szybko spojrzałam w dół. Nie wiedziałam które to piętro, ale do ziemi był dobry kawałek drogi. Jedynym, co dzieliło mnie od ziemi, było kilka sekund spadania i zaparkowane w uliczce na dole auto.
- Spróbuj czegoś, sprawdzę jak ostry jest ten twój nóż - syknęłam, mając niewielkie problemy z łapaniem powietrza. Uścisk dziewczyny nie był mocny.
- Nie chcesz tego robić - wskazała głową za siebie. Przeniosłam tam wzrok i zobaczyłam jakąś dziewczynę w skórzanej kurtce i krótkich włosach, chyba trochę młodszą od nas, przytrzymując Everetta butem przy ziemi. Z jej wyglądu wywnioskowałam, że jest wampirem. - Teraz masz szansę przyczynić się do jego śmierci, na poważnie.
   Zacisnęłam zęby i wbiłam wzrok w Aideen.
- Puść nóż. Obiecuję, że dam wam odejść. Jedyne co musisz zrobić, to puścić nóż i nie mieszać się dziś w więcej moich spraw.
   Zmrużyłam oczy. Nie spodziewałam się tego usłyszeć. Mogłabym po prostu poderżnąć jej gardło. Zakończyć to tu i teraz. Jedyne co mnie powstrzymało, to Everett leżący na ziemi po drugiej stronie dachu. Jeśli jest szansa zakończyć to bez żadnych ofiar, niech jej będzie.
   Rzuciłam nóż na bok, upewniając się, że upadł wystarczająco daleko od Aideen. Lekko się zdziwiłam, kiedy znów poczułam grunt pod stopami.
- Mądra decyzja, ale muszę zdradzić ci jeszcze jeden, mały sekret.
   Nachyliła się, po czym wyszeptała mi do ucha:
- Kłamałam.
   Następne wydarzenia nastąpiły nienaturalnie szybko. Usłyszałam czyjś głos, ale nic z niego nie zrozumiałam. Poczułam, że spadam. Widziałam uśmiechającą się Aideen, odchodzącą od krawędzi dachu.
   Czas trochę zwolnił. Pomyślałam, czy to wszystko było tego warte. Czy te ostatnie miesiące były warte zakończenia mojego życia w taki sposób?
   Przypomniałam sobie wszystko, co się stało.
Emmo! W końcu ciebie odrobaczyli?
Wow! Poznałeś mnie bez okularów! Jestem pod wrażeniem!
. . .
Niech ich przeszukują w pieprzonych supermarketach, jeśli trzeba!
Pieprzone nadistoty.
. . .
Kochana Emmo,
ty kurwo.
. . .
Blackwell Emma, jesteś aresztowana.
Ale ja już jestem w więz--
. . .
Zawsze możesz wystawiać mandaciki.
Bardzo śmieszne.
. . .
Przepraszam.
Co?
Przepraszam. Nie powtórzę tego trzeci raz.
. . .
Zdecydowanie nie powinniśmy...
O kurwa, przepraszam!
. . .
Czy ty kupiłeś mi kawę?
   Wzięłam być może mój ostatni oddech.
   Tak. Zdecydowanie było warto.
   Poczułam, jak uderzyłam w coś twardego. Usłyszałam alarm samochodowy.
Potem nie czułam już nic.
^